Kuchnia pachniała jeszcze rosołem, kiedy Marta postawiła na stole kopertę.
— To od notariusza — powiedziała. — Tata zapisał dom mnie.
Widelec Grzegorza zadzwonił o talerz.
— Mnie? Nie nam?
— Tobie się wydawało, że co, dzielimy się po połowie sentymentu?
Ich ojciec, Stanisław Wolański, zmarł trzy tygodnie wcześniej, w szpitalu na Banacha, trzymając w dłoni zdjęcie z wesela Marty. Grzegorz nie zdążył przyjechać — pracował wtedy w Hamburgu, na kontrakcie, który miał spłacić kredyt na warsztat. Marta była przy ojcu codziennie przez ostatnie półtora roku. Karmiła go łyżeczką, wynosiła basen, siedziała nocami, gdy majaczył i wołał żonę zmarłą dwie dekady wcześniej.
— Byłem w Niemczech, bo musiałem zarabiać. Ty miałaś na to komfort, bo mąż cię utrzymuje.
— Komfort. — Marta odstawiła kubek tak, że kawa chlusnęła na obrus. — Nazywasz komfortem mycie go, kiedy się pod siebie zrobił? Przez półtora roku, Grzesiek. Ty zadzwoniłeś cztery razy.
— Bo nie miałem jak! Miałem grafik, miałem szefa, miałem…
— Miałeś wybór. Ja też miałam wybór i go zrobiłam.
Dom na Sadybie wart był sześćset dwadzieścia tysięcy złotych, tyle wyceniał rzeczoznawca jeszcze za życia ojca, kiedy Stanisław sam poprosił o wycenę, bo — jak mówił — chciał "mieć porządek w papierach". Grzegorz o tej wycenie nie wiedział. Dowiedział się dopiero teraz, z ust siostry, i ta liczba usiadła mu w gardle jak kość.
— Pokaż mi ten testament.
Marta podała kopertę bez słowa. Grzegorz czytał wolno, ruchem warg, jakby liczył pieniądze, których nie miał. Formularz był prosty, notarialny, data: trzy miesiące przed śmiercią. Cały dom dla córki. Synowi — nic, poza jednym zdaniem na końcu: "wierzę, że Grzegorz zrozumie".
— Zrozumie co? Że mnie wywalił z własnego domu?
— Że musiał wybrać między synem, który dzwonił z Hamburga, a córką, która trzymała go za rękę, kiedy umierał.
Zapadła cisza, wypełniona tylko oddechem Grzegorza, coraz szybszym, i skrzypieniem krzesła, na którym przesunął się do przodu.
— Pójdę do sądu. Zakwestionuję to. Powiem, że nie był w pełni władz umysłowych.
— Był. Doktor Kaczorowska może to potwierdzić, miała z nim wizytę tydzień przed podpisaniem. Rozmawiał ze mną o tobie, wiesz? Mówił, że się o ciebie boi, że zawsze uciekasz, kiedy robi się trudno. Ze szkoły, z pierwszego małżeństwa, z Polski.
— To nie fair, Marta. To nie fair, że robisz ze mnie tchórza, bo próbowałem zarobić na życie.
Marta wstała, podeszła do kredensu, wyjęła z niego drugą kopertę — mniejszą, pożółkłą, z odciskiem palca w rogu, gdzie ojciec musiał ją trzymać wilgotną dłonią.
— Jest jeszcze to. Znalazłam wczoraj, w szufladzie przy łóżku. Nie otwierałam.
Podała mu ją przez stół. Grzegorz rozerwał brzeg paznokciem. W środku — kartka w linie, pismo ojca, drżące już, nierówne, jakby pisał to w środku nocy, kiedy ból nie pozwalał spać.
"Grzesiu. Jeśli to czytasz, to znaczy, że już mnie nie ma, a Marta ci pokazała testament, i pewnie się teraz kłócicie przy tym samym stole, przy którym się kłóciliście całe życie. Dom zapisałem jej, bo była przy mnie, kiedy było najgorzej. Ale w banku PKO, na koncie, które znasz, bo pomagałeś mi je zakładać, jest dwieście tysięcy. To dla ciebie. Nie mów Marcie za bardzo od razu — niech się najpierw wykrzyczycie, bo widocznie tego potrzebujecie od lat. Nie walczcie o mnie po śmierci tak, jak nie walczyliście o siebie za życia."
Grzegorz czytał to dwa razy. Za drugim razem głos mu się łamał na słowie "najgorzej".
Marta patrzyła na brata, na jego ręce zaciśnięte na kartce, i czuła, że coś w piersi jej się rozluźnia, chociaż wcale nie było lżej.
— Wiedziałaś? — zapytał w końcu.
— Nie. Przysięgam, nie wiedziałam o koncie.
— Ale wiedziałaś, że jest coś jeszcze. Dlatego trzymałaś to na później.
— Chciałam, żebyś najpierw powiedział mi, co naprawdę czujesz. Nie to, co czujesz, kiedy chodzi o pieniądze.
Grzegorz odłożył kartkę na stół, obok kubka z rozlaną kawą, która zdążyła już zabrudzić róg papieru z podpisem ojca. Wyciągnął rękę, nie po pieniądze, nie po dom — po dłoń siostry, leżącą na blacie, spracowaną od tych półtora roku, których on nie przeżył razem z nią.
— Przepraszam, że mnie tam nie było.
— Ja wiem. — Marta nie cofnęła ręki. — On też wiedział.
Usiedli tak, we dwoje, przy stole, na którym leżały dwie koperty, plama kawy rozlewająca się powoli po podpisie ojca, i dwie dłonie splecione tak mocno, jakby żadna z nich nie chciała być pierwsza, która puści.







