Pracuję w tej cukierni przy ulicy Świętej Rodziny na wrocławskim Sępolnie od dziewięciu lat i myślałam, że widziałam już wszystko – wesela odwoływane dzień przed ślubem, torty zamawiane na pogrzeb tego samego popołudnia, dzieci płaczące nad rozbitym piernikiem. Ale tamten wtorek zapamiętam do końca życia, choć nie stało się nic dramatycznego. Właśnie o to chodzi.
Był dwudziesty trzeci sierpnia, koło wpół do czwartej, kiedy dzwonek nad drzwiami zabrzęczał i do środka wszedł starszy pan. Bardzo starszy – od razu było widać, że to nie jest zwykły emeryt po osiemdziesiątce. Szedł powoli, opierając się na lasce z rzeźbioną gałką, w płaszczu, choć na dworze było ze dwadzieścia pięć stopni. Miałam akurat przerwę i siedziałam przy kasie, bo Kasia poszła po drożdże do hurtowni.
– Dzień dobry paniom – powiedział i uśmiechnął się tak, że od razu było widać brakujący ząb z boku. – Chciałbym zamówić tort.
Zapytałam, na jaką okazję, bo tak zawsze pytamy, żeby dobrać dekorację. On odparł, że na urodziny. Spytałam czyje. I wtedy powiedział, że swoje. Że jutro, dwudziestego czwartego, kończy sto siedem lat.
Sto siedem. Wypisałam to na kartce zamówienia i przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam albo że on się pomylił, bo w tym wieku różnie bywa z pamięcią. Ale on wyjął z kieszeni płaszcza dowód osobisty w foliowej koszulce, cały wygięty od noszenia, i pokazał mi datę urodzenia – rok tysiąc dziewięćset dziewiętnasty. Nazywał się Bronisław Wątroba, mieszkał na Biskupinie, dwie przecznice od nas, w starej kamienicy z balkonami pomalowanymi na zielono.
Zapytałam, ile osób ma przyjść, żeby wiedzieć, jaki rozmiar. On spojrzał na blat lady, na te nasze wystawowe torty pod kloszami, i powiedział cicho, że nikt nie przyjdzie. Że żony już nie ma od jedenastu lat, a dzieci nigdy nie mieli, bo tak wyszło – wojna, potem obóz, potem lata, kiedy trzeba było się pozbierać, i jakoś czasu zabrakło. Powiedział to bez żalu w głosie, jakby opowiadał o pogodzie, ale ręce mu drżały, kiedy wkładał portfel z powrotem do kieszeni.
Spytał, czy mógłby zamówić mały tort. Na jedną osobę. Żeby sobie zapalić świeczkę i zjeść kawałek, tak jak człowiek powinien w taki dzień.
Nie wiem, co się we mnie wtedy poruszyło, ale powiedziałam, że oczywiście, że zrobimy piękny tort, i zapytałam, jaki smak lubi. Powiedział, że kiedyś, przed wojną, matka piekła mu makowiec na urodziny, i że gdybyśmy mogli zrobić coś z makiem, byłby wdzięczny. Zapisałam zamówienie na jutro na dziesiątą rano, bo mówił, że wstaje wcześnie i lubi zjeść coś słodkiego zaraz po śniadaniu, "zanim dzień zdąży się zepsuć" – tak to ujął, z tym swoim uśmiechem bez zęba.
Kiedy wyszedł, długo stałam przy oknie i patrzyłam, jak idzie w stronę przystanku tramwajowego, powoli, przystając co kilka kroków. Za oknem akurat przejeżdżał dwunastka, ten sam tramwaj, którym ja dojeżdżam do pracy, i pomyślałam, że ten człowiek jeździ tymi samymi ulicami co ja od ponad stu lat, a nikt go nie wiezie na tort.
Powiedziałam o tym Kasi, kiedy wróciła z hurtowni z workiem drożdży. Ona akurat rozmawiała przez telefon z córką o jakiejś awarii pralki, ale jak usłyszała "sto siedem lat", odłożyła telefon na bok i kazała mi powtórzyć wszystko od początku. Potem, bez słowa, poszła do zaplecza i zaczęła szukać w szufladzie starego numeru do lokalnej gazetki osiedlowej, tej, co ją co miesiąc wrzucają do skrzynek na Biskupinie i Sępolnie.
Nazajutrz przyszłam do pracy godzinę wcześniej. Właścicielka, pani Grażyna, zgodziła się, żebyśmy zrobiły ten tort za darmo – makowiec z bakaliami, z lukrem, na którym Kasia własnoręcznie wypisała "Sto siedem lat, Panie Bronisławie" fioletowym kremem, bo fioletowy akurat mieliśmy w tubce. Ale to nie było najważniejsze.
Ważniejsze było to, co zrobiła Kasia w nocy – zadzwoniła do redaktorki tej gazetki osiedlowej, a ta zadzwoniła do kogoś z rady osiedla, a ktoś z rady osiedla zadzwoniła do sąsiadki z tej samej kamienicy na Biskupinie, żeby zapytać, czy zna pana Bronisława. Okazało się, że zna, że mieszka piętro niżej, że czasem podaje mu zakupy pod drzwi, bo wie, że schody go męczą.
O dziesiątej dzwonek nad drzwiami znów zabrzęczał. Pan Bronisław wszedł w tym samym płaszczu, z tą samą laską, ale kiedy zobaczył, że w cukierni czeka na niego dziewięć osób – sąsiadka z Biskupina, jej wnuczek na hulajnodze, redaktorka z gazetki z aparatem, dwóch chłopaków z warzywniaka obok, którzy przyszli, bo Kasia im powiedziała, i jeszcze jedna starsza pani, która akurat wchodziła po bułki i się dowiedziała, o co chodzi – zatrzymał się w progu.
Stał tak z ręką na klamce, jakby nie był pewien, czy to na pewno do niego, czy może pomylił adres.
Postawiłyśmy tort na środkowym stoliku, tym przy oknie, gdzie zwykle siadają starsze małżeństwa na kawę z ciastkiem. Zapaliłyśmy jedną świeczkę – bo sto siedem by się nie zmieściło i nie chcieliśmy, żeby coś się zapaliło – i wszyscy zaśpiewali "Sto lat", choć ktoś zawołał, że w jego przypadku to powinno być "sto siedem lat", i wszyscy się roześmiali, a pan Bronisław razem z nimi.
Usiadł przy stoliku, sąsiadka usiadła obok niego, wnuczek pokazywał mu coś na hulajnodze, redaktorka robiła zdjęcia do gazetki. Zjadł swój kawałek makowca powoli, małymi kęsami, i powiedział, że nie pamięta, kiedy ostatni raz jadł tort w towarzystwie. Sąsiadka spytała, czy mogłaby wpadać do niego czasem na herbatę, bo mieszka przecież piętro wyżej i to żaden kłopot. On popatrzył na nią długo, po czym powiedział, że byłby bardzo wdzięczny.
Kiedy wychodził, sąsiadka wzięła go pod rękę, żeby pomóc mu na schodkach przed wejściem, a on nie protestował. Zauważyłam, że w drugiej ręce trzymał pudełko z resztą makowca, owinięte przez Kasię w papier w kolorowe bąbelki, taki sam, jakim pakujemy zamówienia na komunie.
Nie wiem, czy ta jedna herbata u sąsiadki się powtórzyła. Nie wiem, czy wnuczek jeszcze kiedyś wpadł na hulajnodze. Wiem tylko, że tego dnia numer redaktorki i numer sąsiadki zostały zapisane na tej samej kartce zamówień, na której poprzedniego dnia napisałam "sto siedem lat" i myślałam, że się przesłyszałam.







