Kawa w plastikowym kubku ostygła, zanim Marzena zdążyła jej dotknąć. Siedziała w poczekalni przychodni przy ulicy Grunwaldzkiej w Katowicach, a telewizor pod sufitem pokazywał prognozę pogody – zapowiadali burze na cały weekend. Naprzeciwko niej, na krześle obitym niebieskim skajem, siedział Dawid. Jej zięć. Mąż jedynej córki, ojciec dwóch wnucząt, i od trzech tygodni – jedyny właściciel warsztatu wulkanizacyjnego przy Kościuszki, w który Marzena włożyła całe swoje odszkodowanie po wypadku męża.
Sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych. Dokładnie tyle.
– Pani numerek trzydzieści siedem – powiedziała pielęgniarka.
Marzena wstała, poprawiła torebkę na ramieniu i poszła do gabinetu sama. Dawid przyjechał tylko dlatego, że Ania, jej córka, była w pracy i nie mogła zawieźć matki na kontrolne badanie serca. Podwiózł teściową, bo "tak wypadało", jak sam powiedział przez telefon. Nie dlatego, że chciał.
***
Zaczęło się dwa lata wcześniej, w kuchni mieszkania na Ligockiej, gdzie Marzena mieszkała sama od śmierci męża. Dawid przyszedł wtedy z laptopem, tabelkami, wydrukami z banku. Warsztat przy Kościuszki, ten sam, w którym pracował jako mechanik u kogoś innego od ośmiu lat, szedł na sprzedaż. Właściciel się starzał, dzieci nie chciały przejmować, cena – dwieście pięćdziesiąt tysięcy za lokal, sprzęt, klientelę.
– Mamo, ja mam sto tysięcy odłożone, ale brakuje mi. Bank nie da kredytu, bo jestem na działalności dopiero trzeci rok – tłumaczył wtedy, mieszając herbatę łyżeczką, której nie potrzebował, bo cukru w niej nie było.
Marzena miała pieniądze z odszkodowania – jej mąż zginął w wypadku na budowie, firma wypłaciła rentę i jednorazowe świadczenie. Leżały na lokacie, przynosiły grosze. A tu zięć, ojciec jej wnucząt, prosił o pomoc.
Dała sto dziewięćdziesiąt tysięcy. Nie pożyczyła – zainwestowała, tak to nazwali przy notariuszu. Udziały pięćdziesiąt na pięćdziesiąt w spółce cywilnej, która miała prowadzić warsztat. Papier podpisali oboje, Ania była świadkiem, płakała ze wzruszenia przy tym stole, bo "mama nareszcie robi coś dla siebie, będzie miała dochód pasywny na starość".
Przez rok szło dobrze. Warsztat przynosił zysk, Marzena dostawała co miesiąc swoją połowę – cztery, czasem pięć tysięcy złotych. Kupiła sobie nowe okulary, pojechała z przyjaciółką do Krynicy na tydzień, odłożyła coś na wnuki.
A potem zaczęło się kuleć.
***
W poczekalni kardiologa, czekając na wyniki, Marzena patrzyła na Dawida, który przeglądał coś w telefonie i uśmiechał się do ekranu. Nie do niej.
– Dawid, muszę z tobą porozmawiać o warsztacie – powiedziała.
Odłożył telefon, ale ekran nie zgasł, bo dalej pisał kciukiem, nie patrząc.
– Mamo, teraz nie czas, jesteśmy w przychodni.
– To jedyny czas, bo w domu zawsze jesteś zajęty albo Ania jest obok i zmieniasz temat.
Westchnął. Odłożył telefon na kolana, tym razem ekranem w dół.
– Co znowu?
Znowu. Jakby to ona robiła problemy.
Trzy tygodnie wcześniej dostała pismo od księgowej, z którą warsztat współpracował od początku. Pani Halina, kobieta po sześćdziesiątce, dzwoniła osobiście, bo "sumienie jej nie pozwalało milczeć". Powiedziała, że Dawid zlecił jej przygotowanie dokumentów do przekształcenia spółki cywilnej w jednoosobową działalność. Że udziały Marzeny miały zostać "wykupione" za sumę, która nie pokrywała nawet jednej trzeciej wpłaconego kapitału. Sześćdziesiąt tysięcy złotych za sto dziewięćdziesiąt zainwestowanych, plus dwa lata pracy, plus to, że to dzięki tym pieniądzem warsztat w ogóle istniał.
– Halina powiedziała mi wszystko, Dawid. O przekształceniu. O tych sześćdziesięciu tysiącach.
Poruszył się na krześle. Skajowe obicie skrzypnęło.
– To nie tak miało wyglądać. Miałem ci to inaczej powiedzieć, spokojnie, przy obiedzie…
– Przy obiedzie, żeby Ania siedziała obok i nie dała mi się odezwać?
– Mamo, warsztat ma teraz problemy. Konkurencja przy Chorzowskiej otworzyła się, ceny musiałem zbić, klientów mniej. Nie mogę ci dalej płacić połowy zysku, bo zysku prawie nie ma.
– To dlaczego nie powiedziałeś tego wprost, tylko szedłeś do księgowej, żeby wyrzucić mnie ze spółki za grosze?
– Bo wiedziałem, że się nie zgodzisz.
Przynajmniej to było szczere.
***
Wyniki badania kazały czekać jeszcze dziesięć minut. Marzena wyszła na korytarz, bo w poczekalni brakowało powietrza. Za oknem, na parkingu przychodni, stał czerwony passat Dawida – ten sam, który kupił pół roku temu, tłumacząc Ani, że "stary golf się rozsypuje, trzeba reprezentacyjnie wyglądać przed klientami". Passat kosztował siedemdziesiąt osiem tysięcy. Marzena widziała fakturę, bo przypadkiem leżała na stole w kuchni córki, kiedy przyszła w odwiedziny.
Warsztat, w którym rzekomo prawie nie ma zysku, kupił zięciowi samochód za siedemdziesiąt osiem tysięcy złotych.
Stanęła przy oknie i patrzyła na ten passat, czerwony, lśniący, zaparkowany krzywo na dwóch miejscach, jakby właściciel nie musiał się przejmować, że ktoś inny też chce zaparkować.
Dawid wyszedł za nią z gabinetu, bo pielęgniarka powiedziała, że wyniki gotowe, ale lekarz chce jeszcze zamienić słowo z rodziną.
– Mamo, ten samochód to nie z warsztatu, to osobna sprawa, leasing…
– Leasing na firmę, która ledwo wiąże koniec z końcem?
Nie odpowiedział.
***
Wynik badania był w porządku – lekki szmer, nic groźnego, kontrola za pół roku. Marzena wyszła z gabinetu spokojna o serce, ale z głową pełną liczb. Dawid odwiózł ją do domu w milczeniu, radio grało jakąś stację z przebojami sprzed dwudziestu lat, a on bębnił palcami po kierownicy w rytm piosenki, której chyba nawet nie słuchał.
Przed blokiem na Ligockiej, kiedy już wysiadała, powiedział:
– Halina nie powinna była do ciebie dzwonić. To była sprawa między mną a nią, zawodowa.
– Halina zadzwoniła, bo ma sumienie. Ty go najwyraźniej nie masz.
Trzasnęła drzwiami samochodu mocniej, niż zamierzała.
***
Tydzień później Marzena umówiła się z Haliną nie w biurze rachunkowym, tylko w kawiarni przy Mariackiej, żeby nikt z warsztatu ich nie widział razem. Halina przyniosła teczkę z dokumentami – kopie, które miała prawo zatrzymać jako księgowa spółki, dopóki spółka istniała.
– Pani Marzeno, ja panią ostrzegam, bo mam córkę w pani wieku i wiem, jak to bywa z zięciami. On już rozmawiał z prawnikiem o wykreśleniu pani ze spółki bez zgody, powołując się na jakiś zapis w umowie o "rażącym naruszeniu obowiązków wspólnika". Wymyślił sobie, że pani rzekomo nie uczestniczy w prowadzeniu firmy.
– A niby jak miałam uczestniczyć, skoro nigdy mnie nie zapraszał na żadne spotkanie z klientami ani dostawcami?
– No właśnie. To jest naciągane. Ale prawnik może spróbować to przepchnąć przez sąd, jeśli pani się nie ruszy pierwsza.
Marzena wzięła łyżeczkę, zamieszała kawę, chociaż cukru nie dosypywała. Ten sam gest, co Dawid dwa lata temu w jej kuchni. Zauważyła to i odłożyła łyżeczkę na spodek z lekkim brzękiem.
– To co pani radzi?
– Niech pani pierwsza pójdzie do notariusza. Z żądaniem wyceny udziałów przez biegłego rewidenta, zanim on zdąży cokolwiek przekształcić. I niech pani zabierze z konta spółki to, co się pani należy z ostatnich miesięcy – on zalega z wypłatami od czterech miesięcy, ma pani prawo do odsetek.
***
Marzena poszła do notariusza przy placu Miarki, tego samego, u którego dwa lata wcześniej podpisywali umowę spółki. Notariusz, starszy pan z siwą brodą, pamiętał ją.
– Pamiętam tamten dzień, pani córka płakała ze wzruszenia – powiedział, przeglądając dokumenty.
– Dziś nikt nie płacze – odpowiedziała Marzena.
Złożyła wniosek o wycenę udziałów przez niezależnego biegłego rewidenta, zgodnie z zapisem umowy, który sama kiedyś przeczytała trzy razy, zanim podpisała – dokładnie dlatego, że mąż zawsze mówił: "czytaj, co podpisujesz, nawet jak to rodzina". Biegły miał czterdzieści pięć dni na sporządzenie opinii.
Wynik przyszedł w piątek, dwudziestego drugiego sierpnia. Wartość warsztatu, uwzględniając nieruchomość, sprzęt, klientelę i markę – trzysta dwadzieścia tysięcy złotych. Połowa Marzeny – sto sześćdziesiąt.
Nie sześćdziesiąt, jak proponował Dawid. Sto sześćdziesiąt.
***
Rozmowa odbyła się w warsztacie, w poniedziałek rano, zanim otworzyli dla klientów. Marzena przyszła z teczką – tą samą teczkę, w której trzymała dokumenty od Haliny, plus opinię biegłego, plus wypowiedzenie umowy spółki ze skutkiem na koniec miesiąca. Dawid stał przy podnośniku, w rękach trzymał klucz do kół, którego nie odłożył przez całą rozmowę.
– Chcę wyjścia ze spółki. Na warunkach z wyceny biegłego. Sto sześćdziesiąt tysięcy, przelewem, w ciągu sześćdziesięciu dni, zgodnie z umową, którą sam podpisałeś.
– Mamo, ja tylu pieniędzy nie mam.
– To weź kredyt pod nieruchomość warsztatu, tak jak ja kiedyś wzięłam odszkodowanie po tacie i dałam tobie. Albo sprzedaj passata, bo leasing chyba jeszcze nie spłacony, więc coś ci zostanie na spłatę pierwszej raty.
Odłożył wreszcie klucz na blat, z hukiem.
– To nie fair. Ja tu pracuję codziennie, ty tylko dałaś pieniądze na starcie.
– A ty przez dwa lata brałeś połowę zysku beze mnie w garażu, więc chyba wiedziałeś, że to nie jest tylko twoja firma. I nie próbowałbyś mnie wyrzucić za sześćdziesiąt tysięcy, gdybyś naprawdę uważał to za uczciwe.
Ania przyjechała w połowie rozmowy, bo Dawid do niej zadzwonił, licząc chyba, że córka stanie po jego stronie. Stanęła w drzwiach warsztatu, w płaszczu narzuconym na piżamę, bo wyszła w pośpiechu z domu.
– Mamo, może da się to jakoś inaczej rozwiązać, bez sądów, bez…
– Aniu, ja nie idę do sądu. Ja idę do banku, z opinią biegłego i wypowiedzeniem umowy. To wystarczy, żeby zamrozić rachunek spółki do czasu rozliczenia. Twój mąż wiedział, na co się pisze, kiedy próbował mnie okraść z sześćdziesięciu tysięcy różnicy.
***
Sześćdziesiąt dwa dni później, w piątek trzynastego listopada, na konto Marzeny wpłynął przelew – sto sześćdziesiąt tysięcy złotych plus odsetki za zwłokę, bo Dawid spóźnił się dwa dni z terminem. Musiał wziąć kredyt pod zastaw nieruchomości warsztatu, tak jak mu doradziła, i sprzedał passata za pięćdziesiąt dwa tysiące, bo tyle dawali za pół roku używany.
Marzena część pieniędzy przelała na lokatę, część odłożyła na wnuki – każde po dwadzieścia tysięcy, na koncie oszczędnościowym, do którego dostęp będą miały dopiero po osiemnastce, nie wcześniej, żeby nikt inny nie mógł nimi dysponować w ich imieniu.
Do Ani zadzwoniła w niedzielę, tak jak zawsze dzwoniła, żeby zapytać, czy dzieci zjadły obiad.
– Mamo, Dawid mówi, że go poniżyłaś przed pracownikami warsztatu.
– Ania, ja nie zabrałam mu warsztatu. Zabrałam swoje sto sześćdziesiąt tysięcy, które tam kiedyś dałam, bo mnie o to poprosił. Warsztat zostaje jego, w całości, bez wspólniczki, tak jak chciał.
W tle, przez telefon, słychać było, jak w kuchni na Ligockiej – bo Ania z dziećmi przyjechała tego dnia w odwiedziny – leciała woda z kranu, ktoś zmywał naczynia. Marzena patrzyła przez okno na parking, gdzie zamiast czerwonego passata stał teraz stary, przyzwoity opel, który Dawid kupił sobie za resztę pieniędzy po spłacie kredytu.
Wnuki przybiegły z pokoju, żeby powiedzieć babci dzień dobry przez telefon, i pytały, czy w niedzielę przyjadzie do nich na obiad, bo tata obiecał grillować, mimo że sierpień się skończył i było już chłodno na taras.
Przyjadę – powiedziała Marzena i odłożyła telefon obok teczki z dokumentami, którą już nie musiała nigdzie ze sobą nosić.







