Ostatni kęs bigosu wystygł na talerzu, a Marianna Wilczek wciąż siedziała przy stole, wpatrując się w krzesło syna. Puste od trzech miesięcy.
— Mamo, przestań już nakrywać dla mnie dwa talerze — powiedział jej kiedyś Kacper przez telefon, tym swoim nowym, zmęczonym głosem. — Mam trzydzieści dwa lata, nie dziesięć.
Odłożyła wtedy słuchawkę i przez godzinę stała przy oknie kuchni w bloku na Bemowie, patrząc na parking, jakby syn mógł się tam nagle zjawić z reklamówką pomarańczy, jak dawniej po pracy.
Kacper wyprowadził się do Wrocławia za pracą w korporacji IT. Dzwonił coraz rzadziej — najpierw co dwa dni, potem raz w tygodniu, teraz Marianna sama liczyła dni od ostatniej rozmowy. Piętnaście. Wysyłała mu wiadomości o pogodzie, o sąsiadce z parteru, która znowu zalała klatkę schodową, o cenach pomidorów na targu przy Górczewskiej — pięć złotych za kilogram, drożyzna. Odpisywał krótko. Albo wcale.
Ból nie przyszedł nagle — narastał powoli, jak woda sącząca się przez pęknięcie w ścianie piwnicy. Marianna zaczęła sprzątać mieszkanie syna każdego dnia, chociaż nikt w nim nie mieszkał. Prasowała firanki w jego dawnym pokoju. Kupowała jego ulubione ciastka z kruszonką w piekarni na rogu i zjadała je sama, przy pustym talerzu, żeby się nie zmarnowały.
Aż przyszła sobota, kiedy zadzwoniła córka sąsiadki, Ewa, pielęgniarka z Wojskowego Instytutu Medycznego.
— Pani Marianno, może pani ze mną pojedzie na wolontariat? Odwiedzamy starsze osoby, które są zupełnie same. Przyda się pani towarzystwo, a im pani obecność.
Marianna chciała odmówić — jaka z niej pomoc dla innych, skoro sama tonie. Ale coś ją tam pchnęło, może nuda, może strach przed kolejnym pustym dniem.
W małym mieszkaniu na Woli czekała na nie pani Zofia, dziewięćdziesięcioletnia wdowa po powstańcu warszawskim. Twarz miała pooraną zmarszczkami jak mapa starych ulic, dłonie powykręcane artretyzmem — i mimo to nalała im herbaty do dwóch szczerbatych filiżanek, nie rozlewając ani kropli, choć trzęsła jej się ręka, kiedy odstawiała czajniczek.
— Syn dzwoni raz w miesiącu, w niedzielę, zawsze o dziewiętnastej. Córka mieszka w Kanadzie, przysyła kartki na święta — mówiła, stawiając filiżanki na starym obrusie z haftem. — Nieraz sobie myślę, że mogliby częściej. A potem myślę, co by mi to dało. Nic by nie dało.
— Nie tęskni pani?
— Tęsknię. Codziennie, jak wstaję, to tęsknię. — Zamieszała herbatę, choć cukru nie dosypała. — Ale tęsknota to jedno, a pretensja to drugie. Ja se to tak tłumaczę, może głupio, ale tak mi wygodniej.
Więcej nie powiedziała. Podsunęła Mariannie talerzyk z herbatnikami i zaczęła opowiadać o powstaniu, o bracie, który zginął na Woli w sierpniu czterdziestego czwartego, przeskakując z tematu na temat, jak to starzy ludzie mają w zwyczaju.
Marianna wracała do domu tramwajem linii 20, patrząc przez brudną szybę na Warszawę przesuwającą się w zmierzchu. Nie płakała od razu. Dopiero w domu, zdejmując buty w przedpokoju, poczuła, jak coś jej się w gardle zaciska, i usiadła na taborecie, i posiedziała tak z pięć minut, nie ruszając się, z butem w ręce.
Następnego dnia nie napisała do Kacpra o pogodzie. Napisała krótko: „Synku, przepraszam że dzwoniłam za często. Jestem z ciebie dumna. Radzisz sobie sam. Kocham cię i już nie będę siedzieć przy oknie i czekać."
Wysłała, odłożyła telefon na blat, umyła dwa talerze, choć brudny był tylko jeden.
Zadzwonił dopiero wieczorem, koło dwudziestej pierwszej.
— Cześć, mamo. — Cisza w tle, potem trzask, jakby coś odstawiał. — Jem kolację, wybacz, że tak późno, dzień był urwanie głowy.
— Co jadłeś?
— Co? A, tosty. Znowu tosty. — Zaśmiał się krótko, niezręcznie. — Dostałem twoją wiadomość.
Milczał chwilę. Marianna słyszała w słuchawce jakiś telewizor albo radio, ściszone, i brzęk sztućców.
— Mamo, ja nie umiem tak od razu wszystkiego… — zaczął i urwał. — Ale mogę w niedziele dzwonić. Stałe. Nie wiem, o dziewiętnastej? Tak jak… nie wiem czemu to mówię, ale tak jak ktoś powinien.
— Dobrze — powiedziała tylko.
— I mamo. Te tosty są niedobre. Może pojadę do ciebie na weekend, jak zrobię projekt.
Nie powiedział „przepraszam, że cię zraniłem". Nie powiedział nic wielkiego. Rozłączyli się po niecałych czterech minutach, bo jemu ktoś pisał na Slacku, a jej gotowała się woda na kaszę.
Marianna usiadła przy stole, tym razem nakrywając tylko jeden talerz dla siebie. Ale w kalendarzu na lodówce zaznaczyła czerwonym flamastrem najbliższą niedzielę, godzinę dziewiętnastą, i dopisała małymi literami: „tosty — kupić lepszy chleb, powiedzieć mu".
W środę pojechała znowu do pani Zofii, z termosem herbaty i pudełkiem ciastek z kruszonką z tej samej piekarni. Zofia otworzyła drzwi w fartuchu w kwiatki, jakby na kogoś czekała od rana.
— A, to pani. Dobrze, że pani przyjechała, bo czajnik mi się zepsuł, ten stary gwizdek już nie gwiżdże jak trzeba.
Usiadły przy stole. Marianna nalała herbatę z termosu do filiżanek, ostrożnie, żeby nie rozlać, i położyła na blaszanym talerzyku dwa ciastka z kruszonką, jedno obok drugiego.
— Poczęstuje się pani?
— Poczęstuję — odpowiedziała Zofia i wzięła to mniejsze, zostawiając większe dla gościa.







