Andrzej miał czterdzieści sześć lat, kiedy został dziadkiem.
Przynajmniej tak twierdziła moja wnuczka.
On sam przez pierwszy rok stanowczo protestował.
—Ewa, błagam cię. Czterdzieści sześć lat. Ja jeszcze nie mam nawet okularów do czytania, a już jestem dziadkiem?
Poznaliśmy się po pięćdziesiątce w Toruniu. Ja prowadziłam niewielki sklep z firanami, Andrzej był kierownikiem warsztatu autobusowego.
Miał syna studiującego w Gdańsku. Ja miałam córkę Magdę z pierwszego małżeństwa i dwie wnuczki: siedmioletnią Hanię oraz czteroletnią Zosię.
Na początku dziewczynki mówiły do niego „pan Andrzej”.
Trwało to dokładnie trzy tygodnie.
Pewnego dnia Hania zadzwoniła do mnie:
—Babciu, daj dziadka.
—Jakiego dziadka?
—No tego twojego.
Od tamtej chwili było po sprawie.
Andrzej udawał oburzonego, ale sam coraz bardziej wchodził w swoją nową rolę.
Zrobił w garażu dwa małe wieszaki na kurtki z imionami dziewczynek.
W samochodzie woził zapasowe rękawiczki, mokre chusteczki i herbatniki.
Kiedy Hania zgubiła pierwszy mleczny ząb podczas weekendu u nas, przez pół nocy szukał w internecie, ile obecnie „płaci wróżka zębuszka”, bo nie chciał wypaść poniżej rynkowej stawki.
Największy problem pojawił się przed szkolnym Dniem Babci i Dziadka.
Biologiczny dziadek dziewczynek mieszkał pod Poznaniem. Kochał wnuczki, ale rzadko przyjeżdżał.
Hania zaprosiła więc Andrzeja.
Kiedy powiedziała o tym przy rodzinnym obiedzie, Magda zawahała się.
—Kochanie, może zaprosimy dziadka Romka? W końcu to jego święto.
Andrzej od razu pokiwał głową.
—Mama ma rację. Ja się nie będę wpychał.
Hania zmarszczyła brwi.
—A ty gdzie będziesz?
—W pracy.
—To weź wolne.
—Haniu…
—Obiecałeś, że jak będę występować, to przyjdziesz.
Zapadła cisza.
Andrzej spojrzał na mnie.
Wiedziałam, że boi się przekroczyć jakąś niewidzialną granicę.
Nie chciał nikomu zabierać miejsca.
Ostatecznie zadzwonił do Romana.
Nie wiem, co dokładnie sobie powiedzieli.
Wiem tylko, że dwa tygodnie później obaj siedzieli obok siebie w pierwszym rzędzie szkolnej sali.
Hania wyszła na scenę z papierowym sercem.
Miała powiedzieć jedno przygotowane zdanie.
Zamiast tego oznajmiła:
—Mój dziadek Romek nauczył mnie łowić ryby. A dziadek Andrzej nauczył mnie jeździć na rowerze. Mama powiedziała, że nie można mieć wszystkiego. Ale chyba się pomyliła, bo ja mam dwóch dziadków.
Cała sala zaczęła się śmiać.
Andrzej patrzył w podłogę.
Roman klepnął go w ramię.
—No, dziadek. Nie płacz, bo jeszcze nas obydwu sfotografują.
Po uroczystości stało się coś jeszcze.
Roman podszedł do Andrzeja i powiedział:
—Dziękuję, że jesteś, kiedy mnie nie ma.
To jedno zdanie zmieniło wiele.
Od tamtej pory nie było już zastanawiania się, kto jest „prawdziwy”, a kto „przyszywany”.
Na urodziny przyjeżdżali wszyscy.
Andrzej z Romanem zaczęli nawet wspólnie zabierać dziewczynki na działkę.
Najzabawniejsze było to, że po dwóch latach obaj kłócili się już jak starzy znajomi.
—Nie dawaj im tyle słodyczy.
—A ty nie pozwalaj im siedzieć do jedenastej.
—Ja jestem dziadkiem.
—Ja też.
Dziś Hania ma jedenaście lat, Zosia osiem.
Na drzwiach naszego garażu nadal wiszą te dwa małe haczyki z ich imionami, chociaż kurtki dziewczynek dawno są za duże.
Ostatnio zapytałam Andrzeja, czy je zdejmiemy.
Spojrzał na mnie jak na osobę niespełna rozumu.
—Po co?
—Dziewczyny dorastają.
—No i?
Po chwili dodał:
—Może kiedyś powieszą tam kurtki ich dzieci.
Uśmiechnęłam się.
Człowiek, który kiedyś twierdził, że jest „za młody na dziadka”, właśnie planował miejsce dla prawnuków.
Nie powiedziałam mu tego.
Niech sam kiedyś zauważy.







