Nazywam się Dariusz Wolski, mam pięćdziesiąt trzy lata i prowadzę galerię przy ulicy Długiej w Gdańsku od dwudziestu dwóch lat. Ludzie myślą, że właściciel galerii to ktoś, kto patrzy na obrazy z dystansu, z kieliszkiem wina w ręku, i ocenia kompozycję. Niech wam się nie wydaje. Ja całe życie patrzę na ludzi, którzy przynoszą mi swoje płótna jak własne dzieci, i muszę im mówić, że nie przechodzą.
Zacznę od tego, co inni już pewnie opowiadali inaczej — od konkursu, który w zeszłym roku zorganizował Stanisław Brzostek, deweloper z Sopotu, właściciel trzech hoteli i jednej fabryki mebli w Pruszczu Gdańskim. Brzostek ogłosił, że szuka obrazu, który "przynosi spokój każdemu, kto na niego patrzy", i wyznaczył nagrodę: czterysta tysięcy złotych. Dla mnie, dla galerii, to był rok, w którym telefon nie przestawał dzwonić.
Zgłoszeń przyszło sto siedemnaście. Zrzuciłem część selekcji ze swojego biura, bo Brzostek nie miał czasu przeglądać wszystkiego — a ja miałem. Siedziałem po nocach w zapleczu galerii, gdzie kaloryfer trzeszczy, jak się włącza, i gdzie zawsze pachnie rozpuszczalnikiem i kawą z termosu, bo ekspres się popsuł jeszcze w marcu i nie zdążyłem go wymienić. Oglądałem lasy, zachody słońca, śpiące dzieci namalowane z fotografii, doliny w Bieszczadach, spokojne morze pod Łebą. Wszystko ładne. Nic, co by mnie zatrzymało.
Zostały dwa obrazy.
Pierwszy namalowała studentka z Akademii Sztuk Pięknych, Weronika Lis — dwadzieścia cztery lata, mieszka z matką na Przymorzu, maluje od dziecka. Jej praca pokazywała jezioro Mamry w lipcowe przedpołudnie: woda gładka jak szkło, łabędzie, wioska w oddali, konie na łące. Każdy, kto to widział w galerii, mówił to samo: "to jest to, to musi wygrać". Nawet moja asystentka Patrycja, która zwykle nie komentuje, stała przed tym płótnem z pięć minut i nic nie powiedziała, tylko pokiwała głową.
Drugi obraz przyniósł mężczyzna, którego nazwiska wcześniej nie znałem — Edward Konarski, sześćdziesiąt jeden lat, była straż przybrzeżna, teraz na emeryturze, mieszka samotnie w Jastarni. Wszedł do galerii w gumowcach, bo na dworze lało, i postawił płótno pod ścianą bez słowa. Obraz przedstawiał klif nad Zatoką Pucką w czasie sztormu — fale uderzające w skałę, niebo czarne od chmur, błyskawica rozświetlająca skręcone sosny na krawędzi urwiska. Pierwsze wrażenie: nic spokojnego. Patrycja powiedziała wprost: "to jest przerażające, nie wiem, czy to się nadaje do konkursu o pokoju wewnętrznym".
Zgadzałem się z nią, aż podeszłem bliżej.
Pod zwisającym fragmentem skały, w szczelinie, rósł mały krzew. A w jego gałęziach było gniazdo. W gnieździe siedziała biała ptaszyna — jakiś gatunek rybitwy, sądząc po dziobie — i mimo grzmotu, wiatru, mimo fal rozbijających się dwa metry od niej, ona nie poruszała się wcale. Siedziała na jajach. Skrzydła miała przyciśnięte, głowę wtopioną w pióra, jakby cały świat na zewnątrz nie miał do niej żadnego dostępu.
Zadzwoniłem do Brzostka tego samego wieczoru. Przyjechał do galerii następnego dnia, w garniturze, bez krawata, z tym swoim wiecznym pośpiechem człowieka, który ma spotkanie za czterdzieści minut. Stał przed obrazem Weroniki długo, powiedział "piękne", po czym podszedł do obrazu Konarskiego. Nie zauważył ptaka od razu. Musiałem mu wskazać palcem, dokładnie tam, pod skałą.
Zamarł. Potem zapytał mnie, kto to namalował, i kazał zaprosić Konarskiego na następny dzień.
Tu zaczyna się część, której nikt inny nie widział, bo byłem przy tym tylko ja i Patrycja. Konarski przyszedł punktualnie, w tej samej kurtce co wcześniej, i stał z rękami w kieszeniach, kiedy Brzostek ogłaszał mu, że wygrał. Nie uśmiechnął się. Zapytałem go później, przy kawie z tego samego nieszczęsnego termosu, czemu namalował właśnie to.
— Byłem na tym klifie w dziewięćdziesiątym ósmym — powiedział. — Służyłem w straży przybrzeżnej, szukaliśmy rybaka, który zginął w sztormie. Znalazłem to gniazdo, kiedy już mieliśmy zawracać. Nie wiedziałem, że to coś we mnie zostanie na tyle lat, żeby to namalować.
Nie powiedział nic więcej. Zapłacił za taksówkę do portu, wrócił na Hel i tyle go widziałem przez kilka miesięcy.
Czterysta tysięcy złotych — to suma, która w tej historii ma znaczenie, bo Konarski nie zrobił z nią nic sensacyjnego. Nie kupił domu, nie wyjechał. Zrobił coś, co dowiedziałem się dopiero pół roku później, kiedy wpadł do galerii odebrać ramę, którą zostawił mi do naprawy.
Założył fundację — małą, zarejestrowaną w Gdyni, z jednym celem: finansowanie łodzi ratunkowych dla Towarzystwa Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego na Pomorzu. Przelał na konto fundacji trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych z nagrody, zatrzymując sobie pięćdziesiąt — tyle, powiedział, żeby "nie umrzeć z głodu, ale żyć tak jak żyłem". Dokumenty rejestracyjne fundacji leżały wtedy w teczce, którą trzymał pod pachą — papier już trochę pogięty, bo nosił tę teczkę od tygodnia po różnych urzędach w Gdyni i Gdańsku.
Zapytałem go, czemu nie zostawił pieniędzy dla siebie, w jego wieku, samotny, na emeryturze w Jastarni, gdzie zimy bywają ciężkie.
Powiedział tylko: — Ten ptak nie czekał na lepszą pogodę, żeby chronić to, co miał pod skrzydłami. Ja czekałem sześćdziesiąt jeden lat, żeby zrobić coś, co ma sens. Nie będę czekał dłużej.
Weronika zresztą też nie wyszła z tego z pustymi rękami — Brzostek, chyba trochę z poczucia winy, zamówił u niej drugi obraz do holu swojego hotelu w Sopocie za dwadzieścia osiem tysięcy złotych, więc nie traktuję tego jako historię przegranej.
Ostatni raz widziałem Konarskiego w marcu tego roku, kiedy przyszedł z dwoma wolontariuszami z WOPR odebrać certyfikat darowizny do gabloty w ich siedzibie w Jastarni. Postawił teczkę na kontuarze, podpisał trzy egzemplarze dokumentu, każdy innym piórem, bo jedno przestało pisać w połowie. Na zewnątrz akurat zaczynało padać — nie sztorm, tylko taki marcowy deszcz ze śniegiem, który w Gdańsku nikogo nie zaskakuje. Spojrzał przez okno galerii na ten deszcz, wziął teczkę pod pachę i wyszedł bez pożegnania, tak jak przyszedł pierwszego dnia.







