Czterysta sześćdziesiąt siedem zdjęć w telefonie Bogny

Bogna Kaczmarek liczyła zdjęcia w galerii telefonu, siedząc na brzegu łóżka w swoim mieszkaniu na Bemowie, w bloku przy ulicy Powstańców Śląskich. Czterysta sześćdziesiąt siedem. Większość z ostatniego roku, kiedy matka jeszcze mieszkała sama na Pradze, w tej samej kawalerce, w której Bogna się urodziła czterdzieści dwa lata temu.

Telefon zapiszczał. Grupa rodzinna na WhatsAppie, siostra Ewa pisała, że trzeba przynieść do szpitala ładowarkę i tę kraciastą koszulę nocną, bo matka marznie. Za oknem październik, w telewizorze w poczekalni szpitala na Szaserów od rana powtarzali prognozę pogody i wiadomości o podwyżkach cen za ogrzewanie. Pachniało kawą z automatu i środkiem do dezynfekcji rąk.

Bogna nie od razu zrozumiała, że matka jest naprawdę chora. Przez dwa lata powtarzała sobie, że to tylko zapominanie o lekach, zwykłe starcze gderanie, nic groźnego. Jeździła do niej raz w tygodniu, w niedzielę, zawsze z tą samą siatką z Biedronki — żółty ser, bułki maślane, czasem pudełko ulubionych pierniczków toruńskich. Matka pytała o pracę w firmie księgowej, o to, czy Bogna wreszcie znalazła kogoś na stałe, i Bogna odpowiadała krótko, bo zawsze się spieszyła. Do autobusu, do kolejnego spotkania, do czegoś, co wydawało się ważniejsze niż godzina spędzona przy stole w kuchni, gdzie zawsze stał ten sam obrus w kwiatki i zegar z kukułką, który się spóźniał o siedem minut.

Teraz ten zegar stał w pustym mieszkaniu, a matka leżała na oddziale internistycznym, podłączona do kroplówki, z cewnikiem w przedramieniu i cienką rurką pod nosem.

Ewa przyjechała z Wrocławia, zostawiła dzieci z mężem i przyleciała Ryanairem za sto dziewięćdziesiąt złotych w ostatniej chwili. Siostry nie rozmawiały normalnie od trzech lat, od kłótni o to, kto ma częściej odwiedzać matkę i kto płaci za prywatnego lekarza. Teraz siedziały obok siebie na plastikowych krzesłach korytarza, każda z kubkiem automatowej kawy, i nie miały siły się kłócić.

— Pamiętasz, jak ona nas uczyła robić pierogi z jagodami? — zapytała Ewa, nie patrząc na siostrę, tylko w okno, za którym przejeżdżał tramwaj numer dziewięć.

Bogna nic nie powiedziała, bo poczuła, że jeśli otworzy usta, to się rozpłacze na korytarzu pełnym ludzi.

Lekarz, młody mężczyna z plakietką "dr Marcin Wolski", powiedział, że to zapalenie płuc na tle osłabionego organizmu, że rokowania są niepewne, bo matka ma osiemdziesiąt jeden lat i cukrzycę. Powiedział to zwyczajnie, między jednym pacjentem a drugim, bo dla niego to był kolejny przypadek w dyżurze, a dla Bogny — koniec świata, jaki znała.

Tamtej nocy, kiedy matka spała pod wpływem leków, Bogna wyjęła telefon i zaczęła przeglądać wszystkie te zdjęcia. Urodziny wnuczki, na których matka siedziała w rogu i nikt nie zrobił jej osobnego zdjęcia, bo wszyscy fotografowali tort. Majówka na działce w Rembertowie, gdzie matka stała przy grillu w tym swoim wypranym do szarości fartuchu, a Bogna sfotografowała tylko kiełbaski na ruszcie. Jedno nagranie wideo — siedemnaście sekund — z zeszłych świąt, gdzie matka śpiewała kolędę niewyraźnie, bo bez zębów wyjętych na noc, i wszyscy się śmiali, że fałszuje.

Te siedemnaście sekund teraz wydawały się jedynym dowodem, że ten głos istniał.

Rano przyszła pielęgniarka, postawiła na szafce kubek z wodą i powiedziała, że pacjentka się wybudziła, może odwiedziny. Bogna wstała tak szybko, że przewróciła torebkę, z której wypadła cała zawartość na linoleum — portfel, chusteczki, breloczek z kluczami do mieszkania matki, które od tygodnia nosiła przy sobie, bo ktoś musiał podlewać kwiatki.

Matka otworzyła oczy i poznała ją od razu.

— Bożenka — powiedziała cicho, używając zdrobnienia z dzieciństwa, którego nikt inny już nie pamiętał. — Przynieś mi tę koszulę w kratkę. I powiedz Ewie, żeby nie siedziała w tej poczekalni cały dzień, bo się przeziębi.

Bogna wzięła jej rękę, tę pomarszczoną, z żyłami widocznymi pod skórą jak mapa dróg, i trzymała ją mocno, ale nie mówiła nic o lękach, tylko o głupstwach — że w telewizji znowu idzie ten serial, który matka ogląda, że sąsiadka z dołu pytała, kiedy wróci do domu.

Przez trzy następne dni matce poprawiało się z godziny na godzinę. Sama podniosła łyżkę do ust, zjadła pół kajzerki, poprosiła o landrynki, choć lekarz zabronił słodyczy, i chowała je ukradkiem pod poduszką jak dziecko. Bogna zaczęła wierzyć, że najgorsze minęło, że wystarczy przetrwać kilka kolejnych dni czujności i będzie można odetchnąć.

Siódmej noc zmienił wszystko alarm przy łóżku. Bogna spała na krześle, z głową opartą o framugę okna, kiedy pielęgniarka wpadła na salę i zawołała lekarza dyżurnego. Saturacja spadała, siedemdziesiąt dwa, siedemdziesiąt, matka charczała, próbując złapać powietrze, a jej ręka, ta sama, którą Bogna trzymała trzy dni wcześniej, zacisnęła się na prześcieradle tak mocno, że pobielały knykcie.

— Proszę wyjść na korytarz — powiedział lekarz, ten sam dr Wolski, już bez tej zwyczajności z pierwszej rozmowy.

Bogna stała pod drzwiami, słuchając przez szpary, jak ktoś krzyczy o masce z tlenem, jak metalowe koła wózka z aparaturą skrzypią na linoleum. Zadzwoniła do Ewy, ale ręce trzęsły się tak, że dwa razy upuściła telefon, zanim połączenie w ogóle się nawiązało. Nie powiedziała nic sensownego, tylko "przyjeżdżaj, szybko, teraz", i siostra zrozumiała z samego tonu, bez pytania o szczegóły.

Przez czterdzieści minut Bogna siedziała na podłodze korytarza, bo nogi nie chciały jej unieść na krzesło, i myślała o tym, że nie nagrała głosu matki czytającej gazetę, że nie zdążyła zapytać o przepis na te pierogi z jagodami, że cztery dni temu, kiedy matka chciała opowiedzieć o swoim ślubie, Bogna powiedziała "później, mamo, teraz odpocznij" — i to "później" mogło właśnie minąć bez powrotu.

Drzwi się otworzyły. Dr Wolski wyszedł, ściągając rękawiczki, i powiedział, że udało się ustabilizować, że to była niewydolność oddechowa, ale odpowiedziała na leczenie, że następne godziny pokażą więcej.

Bogna weszła do sali, kiedy już podłączono nowy, większy aparat do tlenu. Matka miała zamknięte oczy, ale oddychała równo, maska mgliła się od pary przy każdym wydechu.

Przez resztę nocy Bogna nie spuszczała wzroku z monitora przy łóżku, licząc uderzenia na wykresie tętna, jakby samo liczenie mogło utrzymać je w rytmie.

Rano matka otworzyła oczy, spojrzała na maskę na własnej twarzy, zdjęła ją lekko drżącą ręką na tyle, by powiedzieć:

— Przestraszyłaś się, Bożenko?

Bogna nie odpowiedziała słowami. Wyjęła telefon, włączyła nagrywanie głosu i położyła go na stoliku przy łóżku, blisko poduszki.

— Powiedz mi jeszcze raz ten przepis na pierogi z jagodami. Od początku. Powoli.

Matka uśmiechnęła się, poprawiła maskę i zaczęła mówić o mące, o tym, że jagody trzeba osuszyć na ręczniku, a Bogna siedziała z telefonem między nimi, nie myśląc już o tym, co będzie, jeśli przegapi kolejny telefon — tylko o tym, żeby zdążyć zapisać każde słowo, zanim głos ucichnie, żeby odpowiedzieć na pytanie, ile mąki, ile jagód, ile cukru, i usłyszeć, jak matka się śmieje, że znowu wszystko zapisuje, a przecież mogłaby po prostu zapamiętać.

Rate article
MagistrUm
Czterysta sześćdziesiąt siedem zdjęć w telefonie Bogny