Kraków, dzielnica Podgórze. W cieniu kopca Krakusa

Marek zamknął laptopa i przez chwilę wpatrywał się w puste opakowanie po kawie, które od dwóch dni stało na blacie. Nie miał siły go wyrzucić. W słuchawce wciąż brzmiał głos matki — Krystyna dzwoniła trzeci raz w tym tygodniu, żeby przypomnieć, że nadszedł termin wpłaty raty za jej mieszkanie na Żoliborzu. Trzy tysiące dwieście. Plus czynsz. Plus ubezpieczenie. Plus weterynarz dla jej yorka, który nagle przestał jeść zwykłą karmę z Biedronki i potrzebuje specjalistycznej, po osiemdziesiąt pięć złotych za puszkę.

Asia weszła do kuchni i postawiła przed nim talerz. Jajecznica. Na dwóch jajkach, nie na trzech, jak kiedyś. Oszczędności widać było nawet w tym.

— Znowu Krystyna? — zapytała, nawet na niego nie patrząc.

— Tak. Podobno Luna nie chce jeść.

— Aha. I to kosztuje…

— Tysiąc osiemset na miesiąc. Żeby nie było.

Asia odłożyła patelnię i odwróciła się do niego przodem. Trzydzieści sześć lat, oczy zmęczone po nocnej zmianie w szpitalu na Unii Lubelskiej, włosy związane byle jak. Kiedyś, gdy się poznali na studiach, śmiali się, że kiedyś kupią domek za miastem, niedaleko Puszczy Kampinoskiej. Teraz domek zamienił się w kawalerkę trzydzieści dwa metry na Dolnym Mokotowie, a śmiech — w ciszę między jednym a drugim przelewem.

— Marek, ona zarabiała więcej niż ty, zanim rzuciła robotę. Miała własną firmę. Pamiętasz?

Pamiętał. Biuro rachunkowe na Muranowie, trzech pracowników, stałe zlecenia. Krystyna zamknęła je dziesięć lat temu, bo „klienci są zbyt roszczeniowi”, i od tamtej pory utrzymywała się z alimentów po ojcu Marka, z oszczędności, a potem — z jego pensji programisty. Najpierw pięćset złotych miesięcznie. Potem tysiąc. Potem opłacanie całego mieszkania. Potem już wszystko.

— Ona mówi, że chce stanąć na nogi — powiedział Marek. — Jeszcze parę miesięcy.

— Marek, to trwa pięć lat. Pięć. Ona nie chce stanąć na nogi. Ona chce, żebyś ty ją niósł.

Wstał od stołu. Za oknem hałasowała Grójecka, tramwaj nr 9 skręcał w stronę Placu Narutowicza, a w pokoju obok cicho grało radio — Jedynka, poranne wiadomości. Miał ochotę wyjść na balkon, zapalić i nie wracać, ale on nie palił od dekady, a balkon był tak mały, że nie zmieściłby na nim nawet jednego krzesła.

Telefon znowu zadzwonił.

— Mareczku, a może bym się do was wprowadziła?

Zastygł ze słuchawką przy uchu.

— Mamo, mamy jeden pokój. Dosłownie jeden.

— No i co? Rozłożę sobie wersalkę w kuchni. A wy sobie w pokoju. Młodzi jesteście, jakoś zniesiecie. A moje mieszkanie można wynająć, to by wam ulżyło. Studentom z politechniki albo tej, od SGH. Płaciliby na czysto, bez umowy, i jeszcze tysiąc ekstra w gotówce.

— Mamo, nie ma mowy.

— No wiesz co. Rodzona matka mu przeszkadza. A ta twoja Asia to pewnie się wydziera, co? Że niby za ciasno?

— Asia nic nie mówi. To ja nie chcę.

W słuchawce zapadła cisza. Potem usłyszał, jak matka odkłada telefon. Nie rozłączyła się — tylko odłożyła słuchawkę gdzieś obok, i Marek przez kilka sekund słyszał, jak mówi do Luny: „Widzisz, córeczko, nawet własny syn nas nie chce”. W końcu sam nacisnął czerwoną słuchawkę.

Asię zastał w przedpokoju. Stała i zapinała torbę. Nawet nie zapytał, dokąd idzie — miała kolejną zmianę, tym razem popołudniową, od czternastej.

— Wiesz co, Marek? Ja już nie mogę na to patrzeć. Odkładamy na leczenie, odkładamy na operację mojej mamy, a ty co miesiąc przelewasz tej kobiecie połowę wypłaty. Połowę. Ona sobie kupuje puszki po osiem dych dla psa, a moja matka czeka na endoprotezę.

— Asia…

— Nie. Daj mi skończyć. Kocham cię, ale nie podzielę życia z kimś, kto nie stawia granic. Jeśli nie zrobisz czegoś z tym do końca miesiąca, wyprowadzam się do siostry do Grodziska. Naprawdę.

I wyszła.

Sobota. Siódma rano. Dzwonek do drzwi.

Marek otworzył, spodziewając się kuriera z paczką — zamówił części do roweru, żeby czymś zająć myśli. Na progu stała Krystyna z torbą podróżną i transporterem dla Luny. Bez uprzedzenia. Bez telefonu.

— No cześć, synku. Mówiłam, że przyjadę.

— Nie mówiłaś.

— Mówiłam wczoraj. Ale ty, jak zwykle, nie słuchasz.

Weszła do środka, rozejrzała się po przedpokoju i cmoknęła z niezadowoleniem. Wyjęła z torebki chusteczkkę i przetarła nią blat komody. Spojrzała na biały ślad.

— Asia nawet kurzu nie wyciera. No pięknie.

— Asia jest w pracy. Miała nocną zmianę. Potem zostali ją na dyżurze i wróci dopiero jutro.

— Tym bardziej powinna posprzątać przed wyjściem. W moich czasach…

— Mamo, nie jedziemy w „twoje czasy”. W twoich czasach był PRL i kartki na cukier. Czy możemy po prostu porozmawiać?

Usiedli w kuchni. Krystyna wyjęła Lunę z transportera i pies od razu zaczął obwąchiwać lodówkę. Marek nalał herbatę. Ręce lekko mu drżały, ale nie od kofeiny.

— Synku, ja wiem, że Asia cię nastawia. Zawsze byłam dla niej zła, zawsze coś nie tak. Ale pomyśl — jestem twoją matką. Dałam ci życie.

— Dałaś. I co z tego? Co z tego wynika?

Krystyna zamrugała.

— No… Szacunek. Opieka. Wsparcie na starość. Normalna rodzina tak robi.

— Normalna rodzina nie wysysa z syna oszczędności życia przez dziesięć lat.

Zapadła cisza. Luna cicho zajęczała pod stołem. Marek wstał, podszedł do szafki i wyjął z niej segregator. Przez ostatnie trzy dni, odkąd Asia postawiła ultimatum, nie programował — liczył. Każdy paragon, każdy przelew, każdy wyciąg z banku za ostatnich jedenaście lat. Kolumna „Mama”. Suma na dole: dziewięćdziesiąt trzy tysiące dwieście złotych. Nie licząc czynszu.

Położył segregator przed matką.

— Co to?

— Spis wszystkiego, co ci dałem od momentu, kiedy zamknęłaś firmę. Dziewięćdziesiąt trzy tysiące. To jest dwadzieścia osiem procent wszystkich moich zarobków przez ostatnie dziesięć lat. Doliczyłem czynsz z dwóch lat, bo za resztę płaci ojciec.

Krystyna wzięła segregator. Przekartkowała, ale Marek widział, że nie czyta liczb — szuka w nich tylko tego, co może odrzucić.

— No dobrze. Pieniądze. Dużo. Ale to dla twojej matki, a nie dla kochanki.

— Asia jest moją żoną. A ty nigdy jej tak nie nazywałaś. Zawsze „ta twoja Asia”, jakby była meblem.

— Bo tak się zachowuje! Nie dba o ciebie! Ja bym dla ciebie zrobiła wszystko!

— To dlaczego nie znajdziesz pracy?

Pytanie zawisło w powietrzu. Luna podniosła łepek znađ miski. Krystyna odłożyła segregator, poprawiła włosy i uśmiechnęła się — tym uśmiechem, który Marek znał od dziecka, uśmiechem, który mówił: „zaraz cię przeproszę, a ty się zgodzisz, żeby nie było awantury”.

— Bo ja już nie mam siły, Mareczku. Całe życie harowałam. Należy mi się odpoczynek.

Marek pokręcił głową.

— Dobrze. Należy ci się.

I wtedy zrobił coś, czego nigdy wcześniej nie zrobił. Wziął telefon, otworzył aplikację bankową i bez słowa postawił go ekranem do matki. Widniało tam konto oszczędnościowe. Stan: zero złotych.

— Zobacz. To było nasze konto na leczenie mamy Asi. Endoproteza biodra. Miało być osiemnaście tysięcy. Jest zero. Bo tydzień temu zrobiłem z niego przelew na czynsz za twoje mieszkanie z góry za pół roku. Żebyś nie miała stresu.

Krystyna zamilkła. Może pierwszy raz od lat.

— Wyprowadzasz się — powiedział Marek. — Dzisiaj.

— Ale…

— Wyprowadzasz się. Do swojego mieszkania na Żoliborzu. Opłaciłem je za sześć miesięcy naprzód, więc masz czas na znalezienie pracy. Daję ci słowo, że jeśli do końca listopada nie znajdziesz dochodu, wynajmę je studentom. I ani złotówki więcej ode mnie nie dostaniesz.

Trzy tygodnie później Marek siedział na ławce w Parku Szczęśliwickim. Asia obok niego jadła lody — śmietankowe z bakaliami, po pięć pięćdziesiąt za gałkę, dawno na takie nie chodzili. Na smyczy trzymała Lunę, którą Krystyna oddała dzień po tym, jak wyjechała, twierdząc, że pies tęskni za ogrodem, a na balkonie mu źle.

Telefon zabrzęczał. SMS od matki: „Dostałam pracę w Żabce na Młocinach. Na trzy czwarte etatu. W sobotę pierwsza wypłata. Dziękuję.”

Asia spojrzała na ekran i oddała mu telefon.

— I co? Zmiękłeś?

Marek zgasił ekran i schował komórkę do kieszeni. Luna polizała go po dłoni.

— Nie. Zrobiłem swoje.

Wziął od Asi łyżeczkę, nabrał trochę jej lodów, po czym wstał i rzucił psu kawałek wafelka. Za bramą parku słychać było autobus linii 178, a po niebie wolno płynęły lipcowe chmury.

Rate article
MagistrUm
Kraków, dzielnica Podgórze. W cieniu kopca Krakusa