Halina Wróbel niosła akurat wiadro z pokrojonymi bananami i papają, gdy zauważyła, że drzwi do pawilonu małp człekokształtnych są otwarte, a w wybiegu pusto. Postawiła wiadro na betonowej ścieżce, jakby to mogło cokolwiek zmienić, i przez chwilę po prostu patrzyła na puste miejsce, gdzie jeszcze pół godziny wcześniej Bruno siedział na swojej belce. Był kwiecień, środa, tuż przed otwarciem bramy dla zwiedzających.
Zaczęła się gorączkowa akcja: pracownicy przeszukiwali alejki, ochrona zamknęła kasy, dyrekcja przygotowywała się na najgorsze. Bruno pracował w chorzowskim zoo od dwudziestu trzech lat — a raczej to Halina pracowała tam od dwudziestu trzech lat i twierdziła, że zwierzęta mają charaktery jak ludzie. Niektóre są leniwe, inne złośliwe, a jeszcze inne — jak Bruno, przywieziony do Chorzowa jako młody samiec z ośrodka rehabilitacyjnego w Indonezji — po prostu ciekawe świata.
Znalazł się dwie godziny później przy wybiegu z żyrafami — siedział na ławce obok automatu z lodami, jakby czekał na kolejkę, i przyglądał się zwierzętom z takim spokojem, że pierwszy zwiedzający, który go zauważył, zapytał ochroniarza, gdzie można kupić bilet dla niego.
Bruno nie niszczył niczego po drodze. Nie próbował uciec za ogrodzenie placówki, nie atakował ludzi, nie wywracał koszy na śmieci. Szedł alejkami jak ktoś, kto zgubił swoją grupę wycieczkową i teraz próbuje ją odnaleźć, zaglądając po drodze do wybiegów z lamami, surykatkami i pandami czerwonymi. Zatrzymał się dłużej tylko przy jednym miejscu — przy wybiegu drugiego orangutana, samca imieniem Konrad, sprowadzonego rok wcześniej z ogrodu we Wrocławiu. Między Brunem a Konradem od początku panowała wyraźna wrogość: warczeli na siebie przez siatkę oddzielającą ich wybiegi, a personel musiał pilnować, żeby nigdy nie znaleźli się razem podczas czyszczenia klatek.
Drugi raz Bruno uciekł trzy miesiące później, w lipcu, w sobotę, gdy zoo pękało od turystów przyjeżdżających na wakacje. Tym razem, gdy odnaleziono go przy pawilonie słoni, w łapie trzymał kamień wielkości pięści. Zamachnął się w stronę wybiegu Konrada, nie trafił, sięgnął po kolejny. Ochroniarz Tomasz Krupa, który akurat kończył służbę i miał wracać do domu na obiad, rzucił się biegiem, żeby odciągnąć zwiedzających na bezpieczną odległość, zanim ktokolwiek zorientował się, co się dzieje. — Trzymajcie dzieci z daleka od siatki! — krzyczał do tłumu, sam nie do końca pewny, czy Bruno w ogóle zauważa ludzi wokół siebie, czy widzi tylko Konrada.
Dyrekcja zoo zaczęła traktować sprawę poważnie. Podniesiono ściany wybiegu o metr, zamontowano dodatkowe pasy gładkiego tworzywa uniemożliwiające chwyt, sprawdzono każdą śrubę w konstrukcji. Kierownik działu małp człekokształtnych, Marek Sowiński, przez tydzień spał w gabinecie obok pawilonu, przekonany, że Bruno w końcu się podda. Bruno się nie poddał. Uciekł po raz trzeci we wrześniu, tym razem w nocy, gdy zoo było zamknięte dla zwiedzających, a jedynymi świadkami byli nocni stróże. Kamery monitoringu zarejestrowały, jak orangutan metodycznie testuje każdy fragment nowej ściany, aż w końcu znajduje szczelinę przy odpływie deszczówki, o której nikt z pracowników wcześniej nie pomyślał.
Zoo sprowadziło wtedy specjalistę od wspinaczki, instruktora z klubu alpinistycznego w Katowicach, żeby ten własnoręcznie sprawdził wybieg centymetr po centymetrze. Znalazł trzy miejsca, gdzie beton miał wystarczająco chropowatą fakturę, by dać oparcie dla palców — dokładnie tam, gdzie Bruno się wspinał. Ściany wygładzono, dodano elektryczną taśmę ostrzegawczą pod niskim napięciem, a odpływ zabezpieczono kratą, której nie dało się podważyć nawet metalowym prętem.
O sprawie zrobiło się głośno w całym regionie. Lokalna gazeta „Dziennik Zachodni" opublikowała artykuł „Uciekinier z Chorzowa", a w mieście zaczęły się pojawiać koszulki z napisem „Wolność dla Bruna", sprzedawane przez studenta Akademii Sztuk Pięknych na Jarmarku Bożonarodzeniowym w Rynku. Halina, opowiadając o tym znajomym przy niedzielnym obiedzie, nie kryła sympatii do zwierzęcia, choć zawodowo powinna była się cieszyć z każdego wzmocnienia zabezpieczeń. — On po prostu chciał zobaczyć, co jest za rogiem — mawiała, mieszając zupę pomidorową łyżką, którą trzymała już od lat, odkąd zaczęła pracę w zoo.
Rok później dyrekcja podjęła decyzję, która zamknęła cały ten rozdział: Konrada przewieziono do ogrodu zoologicznego w Poznaniu, gdzie miał zostać włączony do grupy rozrodczej z trzema samicami. Decyzję ogłoszono na tablicy przy wejściu głównym, a transport odbył się wczesnym rankiem w specjalnej klatce transportowej, żeby uniknąć niepotrzebnego stresu u zwierzęcia. Halina stała przy płocie i liczyła w myślach kilometry, jakie ciężarówka będzie musiała przejechać do Poznania, dopóki pojazd nie zniknął jej z oczu za bramą wjazdową. Bruno tego dnia siedział w swoim wybiegu, obgryzając łodygę selera, i nie próbował już niczego forsować.
Od tamtej pory Bruno nie uciekł ani razu. Nowe zabezpieczenia trzymały się mocno, ściany zostały gładkie, taśma pod napięciem, krata przy odpływie nieporuszona. Halina do dziś trzyma w szufladzie biurka jedną z tych koszulek ze studenckiego straganu. Czasem, szukając długopisu albo spinaczy, natrafia na złożony materiał, rozprostowuje go na kolanie, patrzy chwilę na wyblakły napis i chowa z powrotem, zamykając szufladę do końca.







