—Herbatę mogę zrobić. Obiadu nie ma — powiedziała spokojnie Teresa. Jej bratowa spojrzała na pusty stół, potem na Teresę, jakby właśnie usłyszała coś niewiarygodnego.

—Jak to nie ma? Przecież mówiłam, że przyjedziemy.

—Właśnie dlatego nic nie ugotowałam.

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej Teresa sama nie uwierzyłaby, że potrafi powiedzieć takie słowa.

Przez całe życie była tą, która “jakoś sobie poradzi”.

Pracowała jako księgowa w hurtowni budowlanej w Toruniu, wychowała dwóch synów, opiekowała się schorowaną matką, a po śmierci męża przez sześć lat mieszkała sama w dużym mieszkaniu na Rubinkowie.

Kiedy przeszła na emeryturę, sprzedała mieszkanie i kupiła niewielki dom pod Chełmnem.

Nie luksusowy.

Za domem był sad, stara drewniana szopa i kawałek ziemi, na którym Teresa posadziła pomidory, koper i fasolkę.

Marzyła o ciszy.

Dostała ją na dokładnie trzy tygodnie.

Potem zadzwonił młodszy brat, Marek.

—Terenia, w niedzielę wpadniemy zobaczyć, jak się urządziłaś.

Przyjechał z żoną Bożeną, córką, zięciem i dwójką wnuków.

Teresa przygotowała rosół, schab, ziemniaki, dwie sałatki i sernik.

—Ty to zawsze umiesz przyjąć człowieka — zachwycała się Bożena.

Teresa potraktowała to jak komplement.

Dopiero później zrozumiała, że dla niektórych był to raczej zakres obowiązków.

Następny telefon przyszedł po tygodniu.

—Będziemy w sobotę. Marek mówił, że masz miejsce na grilla.

Potem kolejny.

I kolejny.

Z czasem Bożena przestała nawet pytać.

“W niedzielę będziemy około dwunastej.”

“Przyjadą też znajomi Oli.”

“Dzieci chcą kiełbaski z ogniska.”

Teresa kupowała mięso, piekła ciasta, szykowała kompot.

Goście przyjeżdżali odpoczywać.

Ona pracowała.

Pewnej niedzieli doliczyła się siedemnastu osób.

Nie znała trzech z nich.

—To są rodzice chłopaka naszej Oli — wyjaśniła Bożena. — Przecież nie będziemy ich zostawiać samych w mieście.

Tego dnia Teresa zjadła obiad na stojąco przy kuchennym blacie.

Wieczorem znalazła w sadzie plastikowe kubki, złamaną gałąź młodej śliwy i przypalony trawnik po przeniesionym grillu.

Najbardziej zabolało ją jednak coś innego.

Marek, zakładając kurtkę, rzucił:

—Za dwa tygodnie zrobimy tu moje urodziny. U ciebie jest wygodniej.

Nie zapytał.

Poinformował.

—Ile osób? — zapytała Teresa.

—Może dwadzieścia kilka.

—Rozumiem.

Przez następne dwa tygodnie Teresa nie kupiła ani kilograma mięsa.

W dniu urodzin wstała rano, zrobiła sobie jajecznicę i poszła popracować w ogrodzie.

O trzynastej pod dom zaczęły podjeżdżać samochody.

Bożena weszła pierwsza.

—Gdzie stawiam tort?

—Gdzie chcesz.

—A stół?

—Jest na tarasie.

—No dobrze, ale gdzie jedzenie?

—Nie ma.

Bożena roześmiała się.

—Dobra, Teresa, nie żartuj.

—Nie żartuję.

Marek wszedł za nią.

—Co się dzieje?

Teresa wyjęła z kieszeni kartkę.

—Tu jest numer do pizzerii. Dowóz mają mniej więcej w godzinę.

Brat patrzył na nią w milczeniu.

—Chcesz powiedzieć, że zaprosiłaś ludzi i nic nie przygotowałaś?

—Ja nikogo nie zapraszałam.

Zapadła cisza.

—To moje urodziny!

—Wiem. Wszystkiego najlepszego.

—Teresa, przecież jesteś gospodynią!

Wtedy odpowiedziała zdaniem, które później Marek długo pamiętał.

—Jestem właścicielką tego domu. Nie pracownicą rodzinnej restauracji.

Bożena prychnęła.

—Myślałam, że dla rodziny człowiek robi coś z serca.

—Robi. Kiedy ma na to ochotę. Nie wtedy, gdy dostaje listę zakupów bez pytania.

Kilka osób spuściło wzrok.

Starsza córka Marka, Ola, odezwała się pierwsza:

—Ciociu, masz rację.

Bożena aż się odwróciła.

—Ola!

—Mamo, przecież za każdym razem ciocia wszystko robi sama.

Po piętnastu minutach powstał nowy plan.

Ktoś pojechał po kiełbasę.

Ktoś zamówił pierogi.

Marek rozpalił grilla.

Bożena długo się nie odzywała, ale pod koniec dnia sama zaczęła zbierać talerze.

Przez miesiąc nikt nie przyjechał.

Teresa trochę się bała, że przesadziła.

Aż pewnej soboty zadzwonił Marek.

—Terenia… można jutro wpaść?

Teresa uśmiechnęła się.

—Można.

—Weźmiemy obiad. I grabie.

—Po co grabie?

—Bo podobno masz jabłka do zebrania.

Następnego dnia brat rzeczywiście przyjechał z garnkiem żurku i starymi grabiami wystającymi z bagażnika.

Teresa patrzyła na niego chwilę.

—Herbatę zrobię — powiedziała.

Marek uśmiechnął się.

—Tym razem wystarczy.

Rate article
MagistrUm
—Herbatę mogę zrobić. Obiadu nie ma — powiedziała spokojnie Teresa. Jej bratowa spojrzała na pusty stół, potem na Teresę, jakby właśnie usłyszała coś niewiarygodnego.