Halina już trzeci raz weszła do sypialni i stanęła nad łóżkiem, załamując ręce.
— Andrzej, słyszysz mnie? Dziewiąta. Zjedz śniadanie, póki ciepłe.
Spod kołdry dobiegło tylko niewyraźne mruknięcie. Andrzej Nowak przewrócił się na drugi bok i naciągnął poduszkę na głowę.
— Daj mi spokój, Halu. Przynajmniej teraz chcę wstawać, kiedy ja mam na to ochotę.
— Kiedy masz ochotę? Przecież ty ochoty nie masz na nic od pół roku. Zaraz będzie południe, a ty jeszcze w łóżku.
Andrzej odchylił kołdrę i popatrzył na żonę spode łba. Za oknem, na dachu kamienicy przy ulicy Jedności Narodowej we Wrocławiu, wróble urządzały sobie poranne harce. Kiedyś o tej porze on już od dawna siedział w biurze nad rysunkami technicznymi. Przez trzydzieści siedem lat pracował jako inżynier budowlany w dużej firmie projektowej — zaczynał od zwykłego kreślarza przy stołach z brystolem, potem prowadził własne projekty, aż w końcu został kierownikiem działu. I każdy jeden dzień tej pracy był dla niego świętem.
Dopóki pół roku temu nie wręczyli mu kwiatów, upominku i nie wysłali go na zasłużony odpoczynek.
— No już, podnoś się — Halina przesunęła dłonią po jego ramieniu. — Ja też jestem na emeryturze i jakoś żyję. Trzeba mniej myśleć o tym, co było, a więcej o tym, co jest. Słyszysz?
Słyszał. Kiwał głową. A sam myślał, że zupełnie nie wie, co ma ze sobą zrobić. Siedzieć na ławce w parku i karmić gołębie? Oglądać wiadomości od siódmej rano do dziesiątej wieczorem? Może jeszcze krzyżówki? Krzyżówki to już zupełne dno. Nie chciał takiego życia. Chciał swojego — tego, które zostało za zakładową bramą, a którego już nigdy nie odzyska.
— Andrzej, a może byśmy tak gdzieś wyszli?
— Gdzie?
— Do lasu. Na spacer. Pooddychać świeżym powietrzem, zamiast kisnąć w tych czterech ścianach. Emerytura to nie wyrok. To po prostu trochę inne życie. Nowe życie.
— Po co mi to nowe życie? Mnie i stare wystarczało — burknął.
— Andrzej…
— Halu, nie chce mi się. Naprawdę. Obejrzę sobie telewizję.
I na tym się kończyło. Halina próbowała wszystkiego — namawiała na wyjazd do sanatorium, podsuwała książki, nawet zapisała go do klubu seniora w nadziei, że brydż go rozrusza. Nic nie działało. Już miała umawiać go do psychologa, kiedy niespodziewanie w progu stanęli córka z zięciem. I z jeszcze jednym gościem.
Tamtego popołudnia otworzył drzwi i najpierw zobaczył Magdę — uśmiechniętą od ucha do ucha. A potem mały, bury kłębek, który wiercił się w jej ramionach i patrzył na niego, jakby znał go od zawsze.
— Cześć, tato — cmoknęła go w policzek, przekraczając próg.
— Cześć, córciu. A to kto?
— Togo.
— Kto?
— Togo — powtórzyła. — Jak Togo ze stacji polarnej.
— Pytałem, co to jest, a nie jak się nazywa.
Magda roześmiała się głośno.
— To jest pies, tato. Jamnik. Szorstkowłosy.
— Widzę, że pies, nie jestem ślepy. Ale po co on tutaj?
Tymczasem Togo wysunął różowy język i zaczął machać swoim długim ogonem z takim zapałem, że trzęsła się przy tym cała tylna część jego ciała. Andrzej patrzył na to z lekkim niepokojem.
— Co mu jest?
— Cieszy się, tato.
— Z czego? Widzi mnie pierwszy raz w życiu.
— On tak ma. Togo kocha wszystkich. Znalazłam go rok temu na przystanku autobusowym. Spał zwinięty pod ławką, przemarznięty na kość. No to zabrałam go do domu. I teraz, wyobraź sobie, pełni funkcję rodzinnego terapeuty. Jak jest mi smutno, Togo przychodzi, kładzie łeb na kolanach i już wiadomo, że świat nie może być taki zły.
Do mieszkania wszedł Piotr, mąż Magdy, niosąc ogromną torbę. Andrzej od razu rzucił na nią podejrzliwe spojrzenie.
Siedzieli potem w kuchni przy herbacie i serniku, który Halina upiekła poprzedniego dnia. Togo tymczasem zwiedzał mieszkanie, jego pazurki stukały cicho o parkiet w przedpokoju.
— Czyli wyjeżdżacie do Gdańska — powiedział Andrzej, patrząc to na córkę, to na jamnika.
— Tak, tato. Piotr dostał awans. Menedżer projektu. Głupio byłoby odmówić.
— A gdzie będziecie mieszkać?
— Na początku w hotelu, potem poszukamy czegoś na wynajem. I właśnie w związku z tym… — Magda zawiesiła głos.
Andrzej od razu się wyprostował.
— Co w związku z tym?
— No wiesz, najpierw musimy się urządzić, ogarnąć, zorientować, czy w nowym miejscu w ogóle można mieć psa. Nie chcemy ciągać Togo po obcych kątach. Pomyśleliśmy, że może przez kilka miesięcy…
— Nie.
— Tato!
— Nawet nie kończ. Żadnego psa w moim domu.
W kuchni zapadła cisza. Andrzej popatrzył na żonę. Halina nagle zainteresowała się niezwykle intensywnie figurą Matki Boskiej na parapecie, jakby zobaczyła ją pierwszy raz w życiu.
— Doskonale wiedziałaś — mruknął do niej.
Magda podeszła i objęła go ramieniem.
— Tato, tylko na trochę. Obiecuję. Dwa, góra trzy miesiące. Przecież ty i tak jesteś teraz na emeryturze, czasu masz mnóstwo.
— Dziękuję ci, córeczko, że mi o tym przypominasz — westchnął ciężko. — Wolałbym pracować po czternaście godzin na budowie niż siedzieć z tym twoim… brzdącem.
— Togo nie jest brzdącem, tylko dorosłym psem — roześmiała się Magda. — Weterynarz mówił, że ma ze dwa lata. Jamniki szorstkowłose więcej nie urosną.
Andrzej spojrzał na psa. Togo właśnie podbiegł do jego nogi, podniósł głowę i przez kilka długich sekund wpatrywał mu się prosto w oczy. Potem usiadł, oparł się grzbietem o kostkę Andrzeja i znowu zaczął machać ogonem. Jakby decyzja już zapadła.
— No widzisz? — powiedziała Magda. — Polubił cię. Będzie dobrze, tato.
— Nie będzie. Nigdy nie miałem żadnego zwierzęcia. Ja nawet nie wiem, z której strony się do niego podchodzi.
— Dasz radę, tato.
Do wyjścia Magdy i Piotra minęły jeszcze dobre dwie godziny. Kiedy już stali na klatce schodowej, Andrzej nagle zauważył torbę, którą zięć postawił pod ścianą.
— Magda, zapomnieliście bagażu!
— Nie zapomnieliśmy — uśmiechnęła się. — To prezent. Dla Togo. Karma, smycz, miski, legowisko, zabawki. Wszystko, co trzeba.
Cmoknęła ojca w policzek i zbiegła po schodach.
Andrzej rozpiął zamek i długo patrzył na zawartość. Potem podniósł wzrok na Halinę, która wychyliła się z kuchni z nieodgadnioną miną.
— I co teraz?
— No co? — wzruszyła ramionami. — Będziemy żyć.
— Łatwo powiedzieć. Pies to obowiązek. Codzienny. Na spacery trzeba z nim chodzić, karmić, pilnować. To nie pluszowa zabawka.
— Andrzej, myśmy razem córkę wychowali. Z małym psem chyba też damy sobie radę?
Togo wciąż siedział na środku przedpokoju i patrzył to na jedno, to na drugie. Andrzej popatrzył na niego i westchnął po raz kolejny tego dnia.
— No dobrze, lokatorze. Pokażę ci mieszkanie. Ale zapamiętaj raz na zawsze: na kanapę nie wolno. Na łóżko nie wolno. Na fotel nie wolno. W kuchni żebraniny nie znoszę. Kapci też nie ruszaj. W moim domu żyje się według moich zasad. Zrozumiano?
Togo radośnie zastukał ogonem w podłogę.
— Nie podoba mi się on — mruknął Andrzej do żony.
— Dlaczego?
— Widzisz, jak merda? Tak, jakby już z góry założył, że żadnej z tych zasad nie zamierza przestrzegać. Żyliśmy spokojnie, Halina. Po co nam to było?
— Na kilka miesięcy.
— Akurat. Założę się, że oni się go pozbyli, żeby nie przeszkadzał, i w życiu po niego nie wrócą. A my z nim zostaniemy do końca.
Przez pierwszych kilka dni Andrzej trzymał fason. Uważał, że koniecznie trzeba od razu postawić granice, bo małe grzeczności mają to do siebie, że bardzo szybko stają się regułą. Dlatego od rana, od samego śniadania, przystępował do szkolenia.
— Togo, słuchaj uważnie — mówił, trzymając przed sobą kartkę, na której poprzedniego wieczoru spisał regulamin. — Punkt pierwszy: łóżko to miejsce człowieka, nie psa. Ty masz swoje legowisko. Kanapa i fotel — tak samo. Punkt drugi: przy stole nie żebrzemy. Jesz tylko to, co masz w misce. Punkt trzeci: kiedy zakładam kurtkę, nie oznacza to automatycznie, że musisz skakać jak opętany. Być może wychodzę tylko wyrzucić śmieci.
Przy punkcie trzecim Togo wyjątkowo się ożywił. Podniósł uszy i zaczął intensywniej merdać ogonem.
— Słuchać to ty umiesz — stwierdził Andrzej. — Z wykonywaniem będzie gorzej.
Halina, która nalewała właśnie herbatę, odwróciła się do okna, żeby nie widział jej uśmiechu. Jeszcze wczoraj jej mąż był na skraju depresji, a dziś prowadzi z psem zebranie założycielskie.
Pierwsze dni jednak… nic takiego się nie działo. Togo nie gryzł mebli, nie wywracał mieszkania do góry nogami, nie szczekał po nocach. Okazał się zaskakująco spokojny i schludny. Problem leżał gdzie indziej. Był zbyt żywy. Zbyt zainteresowany. I zbyt radosny.
Każdego ranka witał Andrzeja tak, jakby ten właśnie wrócił co najmniej z zakończonej sukcesem wyprawy polarnej. Kiedy Andrzej wyszedł jedynie sprawdzić skrzynkę na listy, Togo czekał na niego w przedpokoju, merdając przy tym nie tylko ogonem, ale całym ciałem — od czubka nosa po koniuszek krótkich łap.
— Togo, ja tylko po gazetę wyszedłem — mówił Andrzej, wieszając kurtkę. — Nie było mnie trzy minuty.
Jamnik nie przestawał się cieszyć. Człowiek wrócił. Dla niego to było święto.
Najtrudniejsze okazały się spacery. Magda, zostawiając psa, uprzedziła:
— Trzeba z nim wychodzić przynajmniej dwa razy dziennie, tato.
— Rano i wieczorem?
— Tak.
— Bez względu na pogodę?
— Oczywiście. Jemu jest wszystko jedno, czy pada, czy śnieg. Pies to pies.
Dwa dni później przyszedł pierwszy jesienny deszcz. Drobny, zimny, uporczywy. Andrzej stał w kuchni i patrzył ponuro przez okno na ociekające wodą drzewa.
— Nie idę — oznajmił stanowczo.
Togo przyszedł z przedpokoju ze smyczą w zębach. Położył ją przy nodze Andrzeja i uniósł głowę. Czekał.
— Nie patrz tak na mnie. Mówię poważnie.
Pies patrzył.
— Togo, na dworze leje. Tam nie ma teraz ani jednej żywej duszy, rozumiesz?
Tymczasem Togo przesunął smycz bliżej, trącił ją nosem i znowu spojrzał w górę.
— Jesteś okropnie uparty, wiesz?
Po pięciu minutach szli już przez park Szczytnicki. Andrzej w jednej ręce trzymał smycz, a drugą co chwilę ocierał twarz z kropel deszczu.
— Wytłumacz mi — zaczął do psa — po co ci to? W domu ciepło, miska pełna, legowisko miękkie. Jakiej jeszcze łaski potrzebujesz?
Tymczasem Togo człapał przed siebie, obwąchując każdy mokry kasztan i każdą kałużę. Zatrzymał się przy powalonym pniu, powęszył chwilę i ruszył dalej, a jego zachowanie mówiło wyraźnie: ty nic nie rozumiesz, człowieku.
I wtedy Andrzej nagle zorientował się, że przestał się denerwować. Stał pod wielkim dębem, słuchał szumu kropel uderzających o liście i oddychał głęboko chłodnym powietrzem.
— To dziwne — mruknął pod nosem.
Spojrzał na Togo. Jamnik właśnie znalazł patyk i podniósł go z miną odkrywcy. A Andrzej po raz pierwszy od pół roku nie zastanawiał się, co ma ze sobą zrobić. Po prostu stał w deszczu obok małego psa i było mu dobrze. I ciepło, choć wokół panowała jesienna szaruga.
Któregoś ranka Halina zauważyła, że Andrzej od kilku dni nie leży w łóżku do południa. Nie nastawiał budzika. Nie reagował też specjalnie entuzjastycznie na jej prośby. Po prostu miał Togo. Który każdego dnia około siódmej rano podchodził do łóżka i zaczynał swoje przedstawienie.
Najpierw ciche sapanie gdzieś na wysokości podłogi. Potem lekkie skomlenie. Potem mokry nos wsuwał się pod zwisającą dłoń Andrzeja. A jeśli to wszystko nie skutkowało — Togo zaczynał tak głośno i szybko stukać ogonem w szafkę nocną, że nie dało się spać.
— Dobrze, dobrze, już wstaję… — mamrotał Andrzej, nie otwierając oczu.
Wystarczyło, że usiadł na łóżku, a Togo już kręcił się w koło, biegł do drzwi, wracał, podskakiwał, jakby się bał, że przez te kilka sekund, które zajmie włożenie kapci, poranek ucieknie im bezpowrotnie.
— Twój poranek ci nie ucieknie — mówił Andrzej, zapinając kurtkę. — Poczeka cierpliwie.
Choć sam już chyba też nie mógł się doczekać.
Kiedy wychodzili na dwór, Togo pędził przed siebie z energią, która wydawała się niemożliwa w tak małym, podłużnym ciele. Każdy krzak był wart zbadania. Każdy gwizd kos-a był zaproszeniem do krótkiej, nierównej konwersacji. Pod niskim murem ktoś rozsypał okruszki chleba, a to domagało się natychmiastowego dochodzenia.
Halina zaczęła dostrzegać zmianę w mężu wcześniej niż on sam.
— Andrzej, gdzie ty byłeś półtorej godziny? Martwiłam się już.
— Jak to gdzie? Byliśmy z Togo na spacerze.
— Wyglądałam przez okno, nie było was na podwórku.
— Bo poszliśmy nad Odrę, na wały. Tam jest więcej przestrzeni.
— Nad Odrę? Pół roku temu nie chciało ci się wyjść do sklepu za rogiem.
— No i co z tego? — wzruszył ramionami.
— Nic.
Halina nic więcej nie powiedziała, ale uśmiechała się, kiedy Andrzej schylał się, by wytrzeć psu łapy.
Nad Odrą, na wałach przeciwpowodziowych, było teraz ich stałe miejsce. Andrzej znał tu już każde drzewo, każdą ławkę, każdą dziuplę, w której mieszkały wiewiórki. Kiedyś przebiegał tędy codziennie do biura — zawsze spóźniony, zamyślony, z głową pełną rysunków technicznych. Wtedy wydawało mu się, że to zwyczajny ślimak ziemny, nic szczególnego. Teraz potrafił powiedzieć, gdzie kwitnie najwięcej dzikich róż i w którym miejscu najwcześniej wiosną pojawia się sasanka.
Pewnego wieczoru Halina zapytała:
— Magda dzwoniła?
Andrzej siedział w fotelu, a tuż obok, na swoim legowisku, spał Togo. Pytanie zaskoczyło go tak, że aż drgnął.
— Nie.
— A ty dzwoniłeś do niej?
— Po co?
— No, żeby spytać, co u nich. Kiedy zamierza przyjechać po Togo. Trzy miesiące minęły.
— Daj spokój, po co ich niepokoić — machnął ręką. — Mają tam urwanie głowy z tym nowym mieszkaniem. Jak będą mogli, to przyjadą. I ty do niej też nie dzwoń. Nie odrywaj od obowiązków.
Halina patrzyła na niego długo. Potem przeniosła wzrok na Togo, który właśnie westchnął przez sen i przytulił pyszczek do pluszowej zabawki w kształcie kości. Kiwnęła głową i poszła do kuchni nastawić czajnik.
Tydzień później Magda zadzwoniła. Telefon rozdzwonił się akurat wtedy, gdy Andrzej wycierał Togo łapy po wieczornym spacerze.
— Cześć, tato.
— Cześć, dziecko.
— Co tam u was? Przepraszam, że rzadko dzwonię, ale mieliśmy tu mnóstwo na głowie. Ledwo się wyrabiamy.
— W porządku, nic się nie martw. U nas po staremu.
— Jak Togo? Nie za bardzo ci już dokuczył?
Andrzej spojrzał na psa.
— Togo jest… w normie. Dopiero wróciliśmy ze spaceru. Je dobrze, śpi dobrze, zachowuje się przyzwoicie.
— To cudownie. Bo wiesz, my z Piotrem już prawie wszystko ogarnęliśmy. Mieszkanie spore, dzielnica fajna, blisko park. W przyszłym tygodniu przyjedziemy.
Andrzej zastygł. Tylko na sekundę. Ale Halina, która akurat weszła do przedpokoju, od razu to wyłapała.
— Przyjedziecie? — zapytał cicho.
— No tak. Zabierzemy Togo, już czas. Nie chcemy wam dłużej zawracać głowy.
— Jasne… No to czekamy.
Odłożył telefon i długo patrzył na jamnika. Potem pogłaskał go po szorstkim grzbiecie.
— No, kolego… podobno niedługo wracasz do domu.
Przy kolacji Halina zaczęła pierwsza.
— Było ci przykro, prawda?
— Nie — odparł Andrzej, nie odrywając wzroku od talerza z rosółem.
— Kochanie, znam cię prawie czterdzieści lat. Mówisz „nie”, a myślisz zupełnie co innego.
Milczenie.
— Przecież na początku sam prosiłeś Magdę, żeby nie zwlekała i odebrała go jak najszybciej.
— No prosiłem…
— A teraz?
Andrzej przesunął łyżką w zupie. Zza okna dobiegał cichy szum miasta. Togo, nieświadomy niczego, spał na swoim posłaniu w rogu pokoju.
— Nie wiem, Halu — powiedział w końcu.
Nie dodał nic więcej. Ale to „nie wiem” było bardziej szczere niż jakiekolwiek wyznanie.
Minęły trzy dni. Andrzej po raz pierwszy sam zadzwonił do córki.
— Magda? Cześć.
— Tato? Coś się stało?
— Nie, nic. Tylko chciałem spytać, kiedy konkretnie będziecie.
— Myślę, że w czwartek. A co?
— Nie, pytam tylko. Bo…
— Bo co?
— Bo może nie musicie się tak spieszyć.
W słuchawce zapadła cisza. Potem Magda powiedziała:
— Tato?
— No co?
— Chcesz go zatrzymać, prawda?
— Ja? Skąd! Nic takiego nie mówiłem. Po prostu myślę, że skoro wy tam jeszcze nie do końca ogarnięci, to… to po co go ciągać z miejsca na miejsce. U nas mu dobrze.
Magda zaśmiała się cicho.
— Dobrze, tato. Przyjedziemy i pogadamy. To nie jest rozmowa na telefon.
W czwartek pod dom przy ulicy Jedności Narodowej podjechała srebrna skoda. Andrzej usłyszał dźwięk domofonu i poczuł, jak wszystko w środku mu się ściska. Otworzył drzwi.
— Cześć, tatku — Magda rzuciła mu się na szyję.
A Togo? Togo nie miał wątpliwości. Dla niego ludzie, których kochał, nie znikali. Oni tylko czasem gdzieś wychodzili, a potem wracali. To było proste. Dlatego kiedy tylko zobaczył Magdę w progu, najpierw znieruchomiał na ułamek sekundy, jakby sprawdzał, czy aby na pewno. A potem wystrzelił w jej kierunku, kręcąc się wokół nóg z takim zapałem, że jego szorstkowłose ciałko zdawało się nie nadążać za własną radością.
— Mój ty kochany — szepnęła Magda, kucając i głaszcząc go po łebku.
Andrzej stał z boku i patrzył. Wszystko wyglądało tak, jak powinno. Właśnie dlatego trochę bolało. Bo to, co właściwe, nie zawsze zgadza się z tym, czego byśmy chcieli.
— No i co, przystojniaku? — powiedziała Magda. — Chyba się tutaj całkiem zadomowiłeś, co?
Togo nie odpowiedział, ale nawet nie musiał. Wszystko było widać.
Do mieszkania wszedł Piotr. W rękach niósł torbę. Prawie taką samą jak za pierwszym razem.
— A to po co? — zdziwił się Andrzej. — Przecież wszystko spakowałem dawno temu.
— To dodatkowa karma, tato — powiedziała Magda. — I reszta zabawek, które u nas zostały.
— Po co?
Magda podeszła i położyła mu rękę na ramieniu.
— Bo ja już dawno zrozumiałam, że Togo zamieszkał w twoim sercu na stałe i nie masz zamiaru go stamtąd wypuszczać. Zostawiamy go z wami, tato. Dlatego przywieźliśmy resztę rzeczy.
Andrzej otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Stał i patrzył to na córkę, to na zięcia, to na jamnika, który właśnie podbiegł, usiadł przy jego nodze i z całej siły zaczął stukać ogonem o panele.
Wszystko już było jasne.
Był początek kwietnia. Wiosna przyszła tego roku cicho, jakby na palcach. Nikt nie potrafił wskazać konkretnego dnia, w którym wszystko się zmieniło. Andrzej po prostu wyszedł rano na balkon i zorientował się, że powietrze jest jakieś inne. Pachniało ziemią, młodą trawą, pąkami lipy rosnącej na podwórku.
Kiedyś w ogóle nie zwracał na to uwagi. Nigdy nie wyczekiwał wiosny, raczej ją przeczekiwał — te pierwsze tygodnie, kiedy śnieg już stajał, ale trawniki wciąż były bure i pełne błota. Teraz wszystko wyglądało inaczej. Bo wiosna oznaczała długie spacery nad Odrą. A spacer z Togo nigdy nie był tylko spacerem.
— Halu, chodź z nami — powiedział, wsuwając stopy w buty. — Pójdziemy razem, całą rodziną.
— Zapraszasz mnie na randkę? — zaśmiała się.
— A czemu nie? Wiosna przyszła.
Wyszli z kamienicy we trójkę. Togo natychmiast pomknął do przodu, gorączkowo obwąchując pierwsze stokrotki przy śmietniku. Andrzej spojrzał na psa, potem na żonę, uśmiechnął się pod nosem i niespodziewanie przyspieszył kroku.
— Szybciej, Halu! — rzucił przez ramię.
Bo nie można było kazać Togo czekać.







