— Jeśli nadal będziesz spotykać się z tym człowiekiem, przestaniemy do ciebie przyjeżdżać — powiedział syn Haliny.
Kobieta zamarła przy kuchennym stole. Miała pięćdziesiąt osiem lat, ale w tamtej chwili poczuła się jak dziecko, które musi prosić o pozwolenie na własne szczęście.
Po śmierci męża przez siedem lat mieszkała sama w Toruniu. Dzieci dzwoniły coraz rzadziej, każde zajęte własną rodziną. Halina nikogo nie obwiniała. Przyzwyczaiła się do cichych wieczorów i samotnych niedziel.
Marka poznała podczas pobytu w sanatorium w Ciechocinku. Był emerytowanym kolejarzem, wdowcem z Inowrocławia. Nie obiecywał jej gwiazd. Po prostu przynosił rano herbatę, pamiętał, że boli ją kolano, i potrafił słuchać.
Dzieci uznały jednak, że mężczyzna chce przejąć jej mieszkanie.
— Mamo, przecież prawie go nie znasz! — przekonywała córka.
Kilka tygodni później Halina poślizgnęła się na oblodzonym chodniku i złamała rękę. Syn nie mógł przyjechać z Warszawy, córka miała ważne spotkania w pracy. To Marek codziennie gotował jej zupę, zapinał guziki płaszcza i woził na rehabilitację.
Pewnej niedzieli dzieci zastały go w kuchni, gdy obierał ziemniaki.
— Nie chcę mieszkania waszej mamy — powiedział spokojnie. — Mam własne. Chcę tylko, żeby nie jadła sama niedzielnych obiadów.
Halina wyprostowała się i spojrzała na dzieci.
— Kocham was, ale nie pozwolę, żebyście decydowali, czy wolno mi być szczęśliwą. Nie wybieram między wami a Markiem. Wybieram życie.
Wtedy jej mała wnuczka podeszła do Marka i zapytała:
— A zostanie pan na sernik?
Napięcie pękło. Syn spuścił wzrok, a córka po raz pierwszy zauważyła, jak dawno nie widziała matki tak uśmiechniętej.
Czy dorosłe dzieci mają prawo decydować o szczęściu swojej matki?






