Basia Kowalczyk stała przed lustrem w sypialni na piętrze rezydencji przy ulicy Euklidesa i wygładzała rękawy granatowej sukienki, którą kupiła jeszcze przed ślubem. Z dołu dobiegał głos męża.
— Ta suknia mnie ośmieszy. Zostań w domu.
Mateusz Zaremba, prezes grupy Zaremba Holding, stał w holu w idealnie skrojonym szarym garniturze, jakby wybierał się po nagrodę, a nie po to, żeby po raz kolejny złamać jej serce. Pani Krystyna, gosposia, która pracowała u nich od dziewięciu lat — jeszcze zanim Basia w ogóle poznała Mateusza — zapytała cicho, czy pani Basia zejdzie na dół. Mateusz nawet nie odwrócił się w stronę schodów.
— Nie ma potrzeby. Jadę z Olą.
Basia zacisnęła dłoń na framudze drzwi tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę. Trzy lata małżeństwa i ani razu nie poprosiła go o nową sukienkę, nie żyła z jego pieniędzy. Za to zataiła, kim naprawdę jest jej ojciec — bała się, że dowiedziawszy się o nazwisku Wrzosowski, Mateusz zacznie ją traktować jak inwestycję, a nie żonę. Teraz, stojąc przy framudze, po raz pierwszy pomyślała, że to ukrycie mogło być błędem, nie ostrożnością.
Po marmurowej posadzce zastukały szpilki. Ola Wrzesień pojawiła się obok Mateusza w sukni koloru szampana, z brylantowym naszyjnikiem na szyi i maleńkim brylantowym pirsingiem nad brwią, i wsunęła dłoń pod jego ramię, jakby robiła to setny raz.
Basia mimo wszystko zeszła na dół — może coś się zmieni, gdy ją zobaczy. Mateusz zmierzył ją od stóp do głowy i odwrócił się do kelnera po płaszcz. Ola obejrzała jej sukienkę od góry do dołu i zachichotała, zasłaniając usta dłonią.
— A więc to jest żona. Teraz rozumiem, czemu nigdzie jej nie zabierasz.
Mateusz milczał, i to milczenie bolało bardziej niż wszystkie słowa Oli razem wzięte.
— Gala Fundacji Pomocy Dzieciom jest zbyt ważna — ciągnęła Ola, poprawiając mankiet jego marynarki. — Będą prezesi, senatorowie, inwestorzy z Frankfurtu… poważni ludzie. Zostań w domu, Basiu. W tym ubraniu tylko zepsujesz Mateuszowi wieczór.
Basia czekała choćby na jedno słowo w swojej obronie. Mateusz podał Oli ramię i wyszedł, nie oglądając się.
Stała w cichym holu, dopóki warkot silnika BMW nie ucichł gdzieś w stronie alei Niepodległości. Za oknem padał pierwszy październikowy deszcz, a w telewizorze w salonie, którego nikt nie wyłączył, leciał program o pogodzie na jutro. Pani Krystyna przyniosła jej kubek rumianku, choć nikt o to nie prosił.
— Może coś pani zje, proszę pani?
Basia pokręciła głową, wzięła kubek na górę, postawiła go na parapecie, gdzie wystygł nietknięty, i usiadła przy oknie. Telefon zawibrował. Wiadomość od Oli — skądś miała jej numer. Zdjęcie z tylnego siedzenia samochodu: Ola z uniesionym kciukiem, w tle profil Mateusza odbity w szybie.
„Dziś będzie cały mój. Czekaj na niego grzecznie."
Basia odłożyła telefon ekranem w dół, wcisnęła go między poduszki, jakby chciała go zagłuszyć. Potem sama go wyciągnęła, otworzyła najniższą szufladę toaletki i wyjęła stare pudełko po biżuterii, obite czerwonym aksamitem, nietykane od trzech lat. W środku leżała karta SIM, której obiecała sobie nigdy więcej nie używać. Zahaczyła paznokciem o krawędź obecnej karty, wyjęła ją z trudem, bo dłoń jej drżała, i włożyła tamtą. Na ekranie pojawił się jeden jedyny kontakt: „Tata".
Telefon dzwonił trzy razy, zanim odezwał się głęboki, znajomy głos, w którym po latach ciszy słychać było niedowierzanie.
— Basiu?
Trzy lata temu wyszła z domu ojca w Poznaniu, przekonana, że miłość Mateusza jest warta więcej niż nazwisko Wrzosowski — jedno z najbogatszych w kraju, kojarzone z siecią hoteli i portem kontenerowym w Gdyni. Ojciec ostrzegał ją wtedy: jeśli wyjdziesz za tego człowieka wbrew mojej radzie, nie wracaj do mnie z płaczem. Zignorowała to ostrzeżenie, a potem, żeby nie musiał być z niej dumny w gorszy sposób, przez trzy lata nawet nie wspomniała mu, że mieszka pół godziny drogi od jego biura w Warszawie. Teraz, siedząc na brzegu łóżka z aksamitnym pudełkiem w dłoniach, rozumiała, jak wiele przez ten upór straciła.
— Tato — powiedziała tylko, i to jedno słowo otworzyło trzy lata milczenia.
Zbigniew Wrzosowski nie pytał, dlaczego dzwoni dopiero teraz, po trzech latach, w które nie wysłała mu nawet kartki na święta. Zapytał tylko jedno:
— Co ci zrobił?
Basia opowiedziała wszystko: o sukience, o Oli, o pierścionku, który kazał jej zdjąć trzy dni wcześniej, bo „nie pasuje już do jego wizerunku". O tym, że następnego dnia zobaczyła identyczny, tylko większy brylant na palcu Oli.
W słuchawce zapadła cisza, która ciągnęła się dłużej niż niejeden krzyk.
— Gdzie jest ta gala?
— Bristol. Fundacja Pomocy Dzieciom.
— Zaremba Holding ma tam jakieś udziały?
— Ojcze, ja nie dzwonię po to, żeby…
— Basiu. Odpowiedz.
— Zaremba Holding buduje osiedle na terenach, które kupił od miasta rok temu. Kredyt inwestycyjny brał w banku, którego głównym akcjonariuszem jest… — urwała, bo dopiero teraz to do niej dotarło — jest twoja spółka.
— Bank Kredytowy Wielkopolski, dwadzieścia dwa procent akcji — powiedział ojciec tym samym tonem, jakim kiedyś tłumaczył jej lekcje z matematyki przy kuchennym stole. — Ale to nie jest coś, co załatwia się telefonem o dziewiątej wieczorem, Basiu, choćbym bardzo chciał. Poproszę tylko, żeby ktoś jutro rano jeszcze raz przeliczył jego zabezpieczenia. Jeśli tam jest coś nieaktualnego — a przy takim tempie budowy zwykle jest — to nie ja będę musiał niczego wymyślać.
Rozłączył się. Basia odłożyła telefon na toaletkę, wstała i zdjęła z wieszaka stary płaszcz, ten sam, w którym jeździła kiedyś do Poznania. Powiesiła go z powrotem na klamce, bo nie wiedziała jeszcze, czy dokąd jechać. Potem usiadła z powrotem i wybrała numer taksówki, zanim zdążyła się rozmyślić. Kierowca miał być pod bramą za dwadzieścia minut. Zaraz potem zadzwoniła, żeby odwołać kurs — sama nie umiała powiedzieć, czego właściwie chce.
Telefon zawibrował znowu — kolejna wiadomość od Oli. Tym razem film z gali: żyrandole, kieliszki szampana, Mateusz rozmawiający z grupą mężczyzn w garniturach. Ola poprawiła mu krawat i spojrzała prosto w kamerę, bezgłośnie wypowiadając dwa słowa. Basia nie potrzebowała dźwięku, żeby je odczytać.
Wstała, podeszła do szafy i zdjęła z półki pudełko po butach, w którym trzymała dokumenty — akt notarialny domu, wyciąg z konta, na które od trzech lat nie wpłynął ani jeden jej własny grosz. Wysypała je na łóżko, nie układając w żadnym porządku, i zaczęła je przekładać, szukając czegokolwiek, co miałoby jej nazwisko wpisane samodzielnie, nie jako „żona Mateusza Zaremby".
Ktoś zapukał do drzwi.
— Proszę pani — powiedziała Krystyna z lekkim zdumieniem w głosie — jest tu pan, mówi, że przyjechał po panią. Podjechał czarnym maybachem, kierowca w liberii stoi przy bramie.
Basia zeszła po schodach w tej samej granatowej sukience, z pudełkiem dokumentów pod pachą. W progu stał mężczyzna, którego widziała ostatnio na zdjęciu z okładki „Pulsu Biznesu" — Zbigniew Wrzosowski we własnej osobie, w ciemnym płaszczu, z twarzą starszą, niż pamiętała.
— Odwołałam już taksówkę — powiedziała zamiast powitania, sama nie wiedząc, czy to ma zabrzmieć jak przeprosiny, czy jak wyrzut.
— To dobrze. Jedziemy moim — odparł krótko, jakby to nie wymagało dalszej rozmowy.
W samochodzie Basia dowiedziała się, że jej ojciec zadzwonił jeszcze przed wyjazdem do dyrektora departamentu ryzyka Banku Kredytowego Wielkopolskiego z jednym poleceniem: sprawdzić natychmiast, na jakim etapie jest projekt osiedla przy porcie kontenerowym. Odpowiedź przyszła po czterdziestu minutach, kiedy byli już w połowie drogi — Zaremba Holding od dwóch kwartałów nie dotrzymywał wskaźnika zadłużenia zapisanego w umowie kredytowej, a ostatni raport z budowy wykazywał opóźnienie, którego nikt formalnie nie zgłosił bankowi. Wystarczyło, żeby dział prawny zwołał nadzwyczajne posiedzenie na następny ranek i wysłał do Zaremby pisemne wezwanie do wyjaśnień, z klauzulą o możliwym wstrzymaniu kolejnej transzy.
— To nie jest kara, Basiu — powiedział ojciec, patrząc przez okno na mokrą jezdnię. — To po prostu bank robi to, co dawno powinien zrobić. Ja tylko przypomniałem, że trzeba na to spojrzeć dziś, a nie za miesiąc.
— A jeśli to i tak wygląda jak zemsta?
— Wygląda. I to jego problem, nie mój.
Na sali balowej hotelu Bristol Mateusz stał przy stoliku z kieliszkiem koniaku, kiedy jego telefon zaczął dzwonić — najpierw dyrektor finansowy, chwilę później prawnik firmy, pytający, czy widział już mail od banku. Mateusz odczytał go dwa razy, zanim zrozumiał, że to nie pomyłka. Ola, nieświadoma niczego, wciąż uśmiechała się do gości, poprawiając naszyjnik.
Basia weszła na salę bliżej północy, prowadzona pod rękę przez ojca, którego rozpoznała połowa obecnych tam prezesów. Rozmowy nie ucichły od razu — najpierw kilka głów odwróciło się od bufetu, potem szmer przeszedł przez salę jak przez tłum na peronie, kiedy ktoś zobaczy coś, czego nie powinno tam być. Mateusz odwrócił się z telefonem przy uchu i przez chwilę nie wiedział, co ma z tym telefonem zrobić — schować, zakończyć rozmowę, czy udawać, że nic się nie stało.
Zbigniew Wrzosowski nie podniósł głosu. Podszedł do stolika, przy którym stała Ola, i powiedział tylko:
— Przepraszam, że przerywam wieczór. Chciałem tylko poznać kobietę, dla której mój zięć wyrzucił żonę z własnej gali.
Ola cofnęła rękę z naszyjnika i nie znalazła nic do powiedzenia.
Mateusz podszedł, próbując uratować sytuację uśmiechem wypracowanym na spotkaniach z inwestorami.
— Panie Wrzosowski, to nieporozumienie, Basia i ja…
— Dostał pan dziś mail z banku, prawda? — przerwał mu teść. — To nie ma nic do rzeczy z tym, co się teraz dzieje na tej sali. Ale skoro pan pyta — radzę zadzwonić do adwokata rano, zamiast wysyłać dziś kolejne SMS-y do mojej córki przez pańską… towarzyszkę.
W tej samej chwili Ola, nerwowo bawiąc się naszyjnikiem, szarpnęła za mocno — zapięcie puściło, kilka kamieni upadło na marmurową posadzkę z cichym stukotem, jeden odbił się od jej pantofla. Schyliła się po nie sama, bo nikt inny nie ruszył się z miejsca, i przy tym zgubiła jeszcze mały brylantowy pirsing spod brwi — ten sam kształt, jaki miał pierścionek, który Basia oddała trzy dni wcześniej. Podniosła go, obróciła w palcach i nic nie powiedziała.
Basia postawiła na stoliku pudełko po butach, wyjęła z niego akt notarialny domu i wyciąg z konta i położyła je obok kieliszka Mateusza.
— Nie przyszłam się kłócić — powiedziała. — Prawnik ojca przygotował papiery. Możesz je podpisać teraz albo w poniedziałek w sądzie, mnie to nie robi różnicy.
Mateusz spojrzał na dokumenty, potem na twarze gości wokół, i zrozumiał, że w tym momencie liczy się tylko to, co pomyśli sobie ktoś z banku, kto może akurat stoi trzy stoliki dalej. Sięgnął po długopis od organizatorki i podpisał, nie czytając do końca, bo bardziej niż rozwodu bał się, że ktoś zdąży zrobić temu zdjęcie.
Basia zabrała swój egzemplarz, złożyła go we dwoje i wsunęła do torebki. Wyszła z sali pod rękę z ojcem. Przy drzwiach obejrzała się jeszcze raz — nie na Mateusza, tylko na kelnera stojącego z tacą kieliszków, żeby odstawić na nią swój nietknięty rumianek z termosu, który niosła od domu i o którym już zdążyła zapomnieć.
Miesiąc później Basia mieszkała już w mieszkaniu w Poznaniu, kupionym za własne pieniądze — pierwsze, które kiedykolwiek zarobiła, prowadząc niewielką fundację ojca zajmującą się stypendiami dla studentek z małych miejscowości. Praca była nudniejsza, niż się spodziewała: głównie tabelki, wnioski, telefony do uczelni w sprawie zaświadczeń. Ale wieczorami nikt nie mówił jej, w czym ma wyjść z domu.
Na biurku stało zdjęcie sprzed lat, na którym siedziała jeszcze jako nastolatka obok ojca przy starym volvo, którym wtedy jeździł, zanim zbudował swoje imperium. Obok leżała teczka z podpisanym wyrokiem rozwodowym, którą wciąż nie miała siły odłożyć do szuflady.
Telefon zawibrował. Nieznany numer, wiadomość: „Basiu, może dałoby się porozmawiać". Podpis: Mateusz.
Przeczytała ją dwa razy, zastanawiając się, czy odpisać choć słowo. Potem odłożyła telefon obok kubka z zimną już kawą, wzięła w rękę pierwsze z trzech leżących na stole podań o stypendium i sięgnęła po pióro, żeby je podpisać.







