Do garażu na Osiedlu Słonecznym można było wejść tylko przez podwórko, mijając starego fiata punto, który od trzech lat nie jeździł. Marek Kowalczyk trzymał tam dwa składane stoły, mikroskop kupiony z drugiej ręki za sześć tysięcy złotych i lodówkę, w której kiedyś leżała kiełbasa, a teraz probówki.
Był technologiem farmaceutycznym, którego dwa lata wcześniej zwolniono z laboratorium w Krakowie — nadwyżka etatów, tak napisali w papierach. W domu została siostra, Agnieszka, czterdzieści dwa lata, schizofrenia zdiagnozowana w wieku dwudziestu jeden lat, renta, leki, które według niej samej "robiły z niej glinę". Marek obserwował to od lat, patrzył, jak wylewa zupę, bo łyżka tańczy jej w dłoni. I pewnego wieczoru, w listopadzie, usiadł z laptopem i zaczął wpisywać w ChatGPT pytania o receptory muskarynowe, jakby pytał sąsiada o przepis na bigos.
"Ten program w trzy tygodnie wygenerował mi wzór," powiedział później reporterowi z Gazety Wyborczej, który dowiedział się o sprawie z forum biohakerów. "Cobenfy, ten nowy amerykański lek, działa na receptorze M4. Zapytałem, czy da się zrobić coś podobnego, ale taniej i z mniejszymi skutkami ubocznymi. I to odpowiedziało."
Sąsiadka z bloku obok, pani Wójcikowa, zauważyła, że w garażu światło pali się do trzeciej nad ranem i że dobiega stamtąd dziwny, słodkawy zapach, jakby spalony cukier zmieszany z octem. Nikomu tego nie zgłosiła — zapisała to tylko w zeszycie, w którym notowała też, o której ma odebrać wnuka z przedszkola.
Marek twierdził, że po sześciu miesiącach prób wyprodukował żółty proszek, który nazwał PAC-3310. Testował go na hodowlach komórkowych zamówionych przez internet, a potem na myszach, które trzymał w klatce obok starej pralki. Zdjęcia, które umieścił na swoim blogu, pokazywały probówki z wyraźnie żółtym płynem i odręczne notatki w zeszycie za cztery złote.
Agnieszka, zanim brat zaczął eksperymenty, próbowała już kilku leków — aripiprazolu, olanzapiny — zawsze wracała do rysperydonu, bo inne dawały jej jeszcze gorsze otłuszczenie i senność. Rysperydon trzymał głosy na wodzy, ale za to ręce drżały jej tak silno, że nie mogła utrzymać kubka z kawą bez oburącz. Zapytała brata, czy mogłaby spróbować proszku. Odmówił — na razie. "Najpierw musi to przejść przez kogoś, kto się na tym zna," powiedział jej. Ale sam nie do końca w to wierzył, bo w nocy, kiedy ważył proszek na elektronicznej wadze kuchennej, ręce też mu się trzęsły.
Sprawa trafiła do lekarzy, gdy student medycyny z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który śledził bloga Marka, zauważył błąd w obliczeniu masy cząsteczkowej i napisał do niego maila. Marek odpisał, że poprawił, i załączył nową wersję wzoru. Student przesłał to swojemu profesorowi farmakologii, docentowi Piotrowi Zielińskiemu, a ten odstawił kubek z herbatą na biurko tak nagle, że chlupnęła na papiery, i przeczytał maila jeszcze raz.
Zieliński zadzwonił do Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych. Odpowiedź była grzeczna i jasna: bez badań klinicznych, bez walidacji czystości substancji, bez kontroli zanieczyszczeń nikt nie może zagwarantować, że proszek z probówki nie zawiera produktów ubocznych syntezy, które mogłyby być toksyczne. ChatGPT potrafi obliczyć strukturę cząsteczki. Nie potrafi zagwarantować, że reakcja w garażu przebiegła tak, jak powinna, że nie powstał izomer, który zabija zamiast leczyć.
Zieliński przyjechał na Osiedle Słoneczne osobiście, w sobotę po południu, razem ze studentem. Marek wpuścił ich niechętnie, wycierając dłonie o ściereczkę zatkniętą za paskiem od spodni.
— Nie oddał pan tego do żadnego laboratorium na badanie czystości? — zapytał Zieliński.
— Nie mam na to pieniędzy. Jedna analiza kosztuje ponad czterdzieści tysięcy.
— A chciał pan to dać siostrze.
— Na razie dałem to tylko myszom.
— A co będzie, jak któraś zdechnie?
Nikt nie odpowiedział. Słychać było tylko, jak jedna z myszy drapie łapką o kratę klatki, tam i z powrotem, jakby szukała wyjścia, którego nie było.
Zieliński zaproponował mu w końcu coś innego — nie donos, nie policję, tylko kontakt z wydziałem farmacji na Collegium Medicum, gdzie mieli akredytowane laboratorium i prowadzili program badania repozycjonowanych substancji po obniżonej cenie dla projektów non-profit. Warunek był jeden: cały materiał i dokumentacja trafiają tam, żadna mysz ani człowiek nie dostanie już nic z tego, co powstało na składanym stole w garażu.
Marek się zgodził. Nie dlatego, że Zieliński przekonał go naukowo — przekonało go jedno zdanie, które docent rzucił już w drzwiach, wkładając kurtkę: "Gdyby to zabiło pana siostrę, ChatGPT nie da panu odpowiedzi na to, jak tego nie dopuścić."
Analiza w laboratorium Collegium Medicum zajęła dwa miesiące. Wynik przyszedł mailem, krótki: w próbce PAC-3310 wykryto obok głównego związku około siedemnastu procent izomeru o nieustalonym profilu toksyczności — reakcja w garażowych warunkach nie zaszła tak, jak powinna, temperatura skakała za sprawą zwykłego czajnika grzejącego łaźnię wodną. Gdyby Agnieszka dostała ten proszek, dostałaby go razem z zanieczyszczeniem, którego nikt nie zdążyłby zidentyfikować, zanim zaczęłoby działać.
Marek podpisał dokument, w którym zrzekał się wszelkich praw do produktu, w zamian za to, że wydział wpisze go jako współautora opisu przypadku, jeśli coś z tego wyniknie. Agnieszce powiedział o wyniku analizy przy niedzielnym obiedzie. Nie powiedziała nic — podniosła kubek z kompotem obiema rękami, bo jedną wciąż by go nie utrzymała, i kubek i tak jej się przechylił, rozlewając się po obrusie, tak jak rozlewał się zawsze, od lat, od rysperydonu, od zanim brat w ogóle usiadł do laptopa. Marek wziął ściereczkę i wytarł obrus, nic nie mówiąc.
Garaż został pusty, zostały tylko stoły i mikroskop, którym Marek teraz ogląda własne włosy, kiedy nudzi go telewizja.
Fiat punto wciąż stoi na podwórku. Pani Wójcikowa nie zapisuje już w zeszycie żadnego zapachu.







