Nazywam się Mariusz Kowalczyk, mam trzydzieści dwa lata i pracuję jako inżynier budowy mostów w firmie z Wrocławia. Ta historia zaczęła się dwa lata temu, gdy wykorzystałem urlop zaległy z poprzedniego roku i poleciałem na trzy tygodnie do Japonii. Sam, bez planu, z jednym plecakiem i przewodnikiem kupionym na lotnisku w Katowicach za czterdzieści dziewięć złotych.
Na lotnisku Kansai w Osace, zaraz po odebraniu bagażu, podeszła do mnie ekipa telewizyjna. Mikrofon, kamera na ramieniu, tłumaczka z karteczką. Robili program typu „znajdź nieznajomego na lotnisku i zapytaj go o życie" — coś w stylu japońskiego formatu, który u nas nigdy by nie przeszedł, bo ludzie wstydzą się kamery. Dziewczyna z mikrofonem zapytała mnie, co robię w Japonii, czy podróżuję sam, czy się nie boję. Odpowiedziałem coś niezobowiązującego, zażartowałem, że przyjechałem szukać najlepszego ramenu w kraju. Ekipa się uśmiała, podziękowali, poszli dalej szukać kolejnej ofiary.
Wróciłem do Polski, wróciłem do pracy, do betonu i stali, do narad o nośności konstrukcji. O tym nagraniu zapomniałem kompletnie — tak jak zapomina się o zdjęciu zrobionym przypadkiem komuś na wakacjach.
Rok temu, w październiku, dostałem mail od producentki programu. Pisała, że odcinek z moim udziałem wreszcie wejdzie na antenę, i pytała, czy zgadzam się na emisję. Zgodziłem się, bez większego zastanowienia, i o tym też zapomniałem.
Odcinek poszedł na antenę w listopadzie. Trzy dni później na Instagramie napisała do mnie dziewczyna, która podpisała się jako Hana. Napisała krótko: „Widziałam cię w telewizji. Wyglądasz nieźle." Odpisałem coś równie niezgrabnego, bo nie miałem pojęcia, co napisać dziewczynie, która zobaczyła mnie przypadkiem w telewizji na drugim końcu świata.
Rozmowa jednak się nie urwała. Pisaliśmy codziennie. Ona uczyła się na pielęgniarkę w Kioto, pracowała na pół etatu w kawiarni przy stacji. Ja opowiadałem jej o Wrocławiu, o Odrze, o tym, że u nas w grudniu na rynku stawiają budy z gorącym winem i oscypkiem z żurawiną, a ona pytała, co to jest oscypek, bo nigdy nie widziała sera z grilla. Po dwóch miesiącach przeszliśmy na rozmowy wideo — ona siedziała w swoim pokoju w akademiku z plakatem jakiegoś zespołu na ścianie, ja w kuchni, bo tam było najjaśniej.
Po czterech miesiącach zapytałem, czy chce być moją dziewczyną. Wiedziałem, że to szalone — para, która nigdy się nie dotknęła, nigdy nie zjadła razem kolacji, zna się tylko z ekranu telefonu. Ale wolałem powiedzieć to na głos, niż czekać w nieskończoność na moment, kiedy będzie to „bezpieczne" powiedzieć. Zgodziła się.
Potem przyszły ograniczenia podróżne, zamknięte granice, odwołane loty. Nie było żadnej daty, żadnego planu, tylko miesiące czekania. Rozmawialiśmy codziennie wieczorem, jej rano, moje wieczory zamieniły się w jej śniadania. Czasem przez pół godziny nie mówiliśmy nic, tylko siedzieliśmy razem przy ekranach, ona robiła sobie herbatę, ja wyprowadzałem psa sąsiadki, bo akurat był u mnie na opiece — i to było wystarczające.
Po roku takiego życia granice wreszcie się otworzyły. Kupiłem bilet, zanim zdążyłem się rozmyślić. Czekałem na nią na lotnisku Kansai — to samo miejsce, gdzie dwa lata wcześniej ktoś wsadził mi mikrofon pod nos. Zapytałem obsługę, gdzie jest hala przylotów z Kioto, bo ona przyjechała pociągiem na lotnisko tylko po mnie, mimo że to prawie dwie godziny drogi.
Zobaczyłem ją po drugiej stronie bramki, z tabliczką, na której było napisane moje imię po japońsku, niechlujnym pismem, bo robiła ją w pociągu. Pomyślałem tylko: jest ładniejsza na żywo niż na wszystkich zdjęciach, które mi wysyłała.
Cztery dni spędziliśmy razem w Kioto. Mieszkałem w małym riokanie niedaleko jej akademika, bo nie wypadało jej zapraszać mnie do pokoju — zasady w akademiku nie przewidywały gości z zewnątrz, zwłaszcza mężczyzn. Trzeciego dnia zabrała mnie do świątyni Fushimi Inari, tej z tysiącami czerwonych bram, i powiedziała, że jej babcia mówiła, że jeśli przejdziesz przez wszystkie bramy z jedną myślą w głowie, ta myśl się spełni. Szedłem i myślałem o jednym: że nie chcę wracać do Wrocławia bez konkretnego planu, co dalej.
Czwartego dnia, w ostatni wieczór przed moim lotem, siedzieliśmy w małej restauracji przy stacji Kiyomizu-Gojo. Zamówiliśmy okonomiyaki i dwa piwa Asahi, bo kelner powiedział, że to danie najlepiej komponuje się z piwem, a nie z sake. Hana nagle odłożyła pałeczki i powiedziała, że dostała propozycję pracy w szpitalu w Krakowie — przez program wymiany pielęgniarek, o który złożyła papiery pół roku temu, nie mówiąc mi o tym, bo nie wiedziała, czy się uda, i nie chciała robić mi nadziei na próżno.
Zapytałem, kiedy się dowie. Powiedziała: za trzy tygodnie.
Wróciłem do Wrocławia. Trzy tygodnie później, w środę wieczorem, odezwała się na wideo. Zanim zdążyła powiedzieć słowo, zobaczyłem w tle walizkę, już częściowo spakowaną, i uśmiech, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Powiedziała tylko jedno słowo po polsku, którego ją nauczyłem przez telefon, bo chciała umieć powiedzieć je sama, kiedy przyjdzie pora: „Jestem."
Umowa ze szpitalem w Krakowie była na dwa lata, z możliwością przedłużenia. Wynajęłem kawalerkę na Krowodrzy, blisko szpitala, zanim ona zdążyła wylądować — żeby nie musiała szukać mieszkania sama, znając jeden adres w nowym kraju. Odebrałem ją z lotniska Balice z tabliczką, na której po japońsku było napisane jej imię, niechlujnym pismem, bo robiłem ją w samochodzie na parkingu, czekając, aż samolot wyląduje.







