<br>
Nie znam ich nazwisk. Wiem tylko, że ona ma na imię Basia, on — Adam, a staruszka po drugiej stronie klatki to jego matka, pani Zofia. Mieszkam piętro niżej od dwunastu lat, pracuję jako ochroniarz w markecie na Grójeckiej i wracam ze zmiany zwykle koło osiemnastej — akurat wtedy, w tę niedzielę, wchodziłem po schodach i usłyszałem, jak trzasnęły drzwi na górze. Głośno, tak że aż mi się poluzował but na progu.
Zatrzymałem się na półpiętrze. Nie z ciekawości — bo winda znowu stała, remontowali ją od miesiąca, więc i tak musiałem iść pieszo. Ale głosy z góry były tak wyraźne, że nie dało się ich nie słyszeć.
— Znowu ten kot tutaj — to był głos starszej kobiety, ostry, jakby ktoś skrobał widelcem po talerzu.
Wiedziałem, o kim mowa. Basia ma rudego kocura, Filemona, chyba już z szesnaście lat — widziałem go czasem na parapecie, jak grzeje się na słońcu obok skrzynki z pelargoniami. Ślepnie już, słyszałem od sąsiadki z parteru, że ledwo trafia do miski.
— Dzień dobry, zaraz go zabiorę — to Basia, spokojnie, choć w głosie słychać było, że się pilnuje.
Potem trzask, jakby coś potrąciło meble, i kocie miauczenie — krótkie, żałosne, jak wtedy gdy przypadkiem nadepniesz zwierzakowi na łapę. Zamarłem na schodach z torbą zakupów w ręku. Mleko w niej było jeszcze ciepłe od słońca, bo szedłem długo, przystając przy kiosku po gazetę.
— Pani Zofio, ja chyba się przesłyszałam — głos Basi zmienił się momentalnie. — Pani kopnęła kota?
— Adam! — starsza pani nie odpowiedziała, tylko zawołała syna. — Wiesz, że mam alergię, a to bydlę ciągle tu łazi!
Usłyszałem skrzypienie fotela, kroki. Męski głos, spokojny, trochę znużony:
— Mamo, poczekaj chwilę.
Stałem tam jeszcze z minutę, powinienem był iść dalej, ale nogi jakby wrosły w stopień. Przez uchylone drzwi — bo w tym bloku latem nikt ich do końca nie domyka, duszno — widziałem kawałek przedpokoju. Basia klęczała, zbierała kota na ręce. Ten drżał, przywarł do niej całym ciałem.
— Pani Zofio Kowalska — powiedziała Basia, wstając — nie sądziłam, że matka mojego męża jest zwyrodnialcem.
Zapadła cisza, w której słychać było tylko tykanie zegara z korytarza — mieli taki stary, z kukułką, słyszałem go nieraz przez ścianę.
— Co ty powiedziałaś? — głos pani Zofii się załamał.
— Powiedziałam wyraźnie. Niech pani nie udaje, że nie słyszała.
Postawiłem siatkę na podeście, bo zaczęła mi cięgnąć rękę. Nie ruszałem się. Ktoś normalny pewnie by poszedł dalej, ale ja stałem — może dlatego, że sam mam w domu psa, staruszka, którego zabrałem ze schroniska rok temu, i nie zniósłbym, gdyby ktoś go skrzywdził.
Basia zniknęła w głębi mieszkania — pewnie zaniosła kota do sypialni, tak jak zawsze robiła przed wizytami teściowej, jak się później dowiedziałem od siostry z parteru, która z nią czasem plotkuje na klatce. Wróciła po chwili.
— Mamo, usiądź — to był Adam, głucho, jakby mówił przez zaciśnięte zęby. — Ciociu Halino, pani też.
A więc była tam jeszcze jedna kobieta. Nie wiedziałem, kto to, dopiero potem, z fragmentów rozmowy, złożyłem sobie: siostra pani Zofii, przyjechała z Basią i teściową razem, w odwiedziny.
— Basiu — Adam znowu, twardszym tonem — musisz przeprosić moją matkę.
— Ja? — jej głos się nie podniósł, ale wyraźnie stwardniał. — To ona skrzywdziła zwierzę.
— To zwierzę. A moja matka to człowiek.
Nie mogłem powstrzymać się od parsknięcia — cicho, do siebie, bo to zdanie brzmiało tak, jakby ktoś je wyjął z jakiegoś serialu. Ale nikt mnie nie usłyszał, na szczęście.
— Osiem lat — powiedziała Basia, i po raz pierwszy w jej głosie usłyszałem coś, co brzmiało jak zmęczenie, nie złość. — Osiem lat zabieram Filemona do sypialni, zanim twoja matka wejdzie do domu. Osiem lat słucham, że od niego "śmierdzi", chociaż nie śmierdzi. I teraz mam przeprosić za to, że nazwałam po imieniu to, co zrobiła?
— Nazwałaś ją zwyrodnialcem.
— Bo zachowała się jak zwyrodnialec.
Trzasnęły drzwi na parterze — ktoś wychodził z windziarni, może hydraulik, bo ostatnio ciągle ktoś tam grzebał w rurach. Prawie przegapiłem, co było dalej, ale zdążyłem usłyszeć głos Adama, już bliżej drzwi wejściowych, jakby zrobił krok w stronę żony:
— Przeprosisz moją matkę. Teraz.
— Nie.
— Basia, nie żartuję.
— Ja też nie żartuję, Adam. Twoja matka skrzywdziła kogoś, kogo kocham. To ona ma przeprosić.
Usłyszałem śmiech starszej kobiety — krótki, gorzki.
— Ja? Kota? Zwariowałaś, dziewczyno?
— Kota nie trzeba. Mnie.
W tym momencie chyba ktoś z sąsiadów na górze zaczął puszczać telewizor, bo dobiegła mnie melodia jakiegoś programu niedzielnego, wesoła, kompletnie nie na miejscu. Poczułem się głupio, stojąc tam z ciepłym mlekiem w siatce, ale nie odchodziłem.
— Członek rodziny? — pani Zofia znowu, z tą samą pogardą. — Ten pchlarz to członek twojej rodziny?
— Tak. Od szesnastu lat.
— Synu, ty to słyszysz?
Cisza. Dłuższa niż poprzednie. Wtedy usłyszałem, jak Adam mówi, inaczej niż wcześniej — twardo, jakby coś w nim się przełamało:
— Katarzyno. Żądam, żebyś przeprosiła moją matkę.
Pierwszy raz użył pełnego imienia. Wiedziałem to, bo moja żona robi tak samo, kiedy jest naprawdę zła — mówi mi po imieniu i nazwisku, jakbym był uczniem wezwanym do tablicy.
— A ja żądam, żebyś spojrzał na to uczciwie.
— Widzę. Masz przeprosić.
— Za prawdę?
— Za obrazę.
— To nie.
Usłyszałem szurnięcie, jakby ktoś kogoś złapał za ramię, i zaraz potem — trzask. Głośny, ostry, jednoznaczny. Spoliczkowała go. Nie musiałem tego widzieć, żeby wiedzieć, co się stało — ten dźwięk zna każdy, kto choć raz w życiu go słyszał.
— Podobało ci się? — zapytała Basia, głosem, który nagle zabrzmiał zupełnie spokojnie. — Tak samo bolało Filemona. Tylko on nie mógł oddać.
Ktoś — pewnie ciotka Halina — coś wymamrotał, ale nie dosłyszałem słów. Za to dosłyszałem, jak Adam odpowiada, głosem człowieka, który czuje, że traci grunt pod nogami:
— Uderzyłaś mnie. Przy mojej matce. Przy cioci.
— A ty milczałeś, kiedy twoja matka skopała moje zwierzę. Przy mnie.
— To nie to samo!
— Zgadzam się. Mój policzek był odrobinę mocniejszy.
Musiałem wreszcie ruszyć, bo z dołu ktoś zaczął wchodzić po schodach — sąsiad z drugiego piętra, ten z buldogiem francuskim, i nie chciałem, żeby mnie zastał podsłuchującego pod cudzymi drzwiami z siatką zakupów w ręku. Wszedłem do swojego mieszkania, zamknąłem za sobą i jeszcze przez chwilę stałem przy wizjerze, jakby to coś dawało.
Tego, co było dalej, nie słyszałem już całkiem wyraźnie — grube drzwi, telewizor u sąsiadów. Ale wieczorem, wynosząc śmieci, spotkałem Basię na klatce. Miała w ręku teczkę z dokumentami i telefon, na ekranie widniała otwarta aplikacja banku. Powiedziała mi tylko, że przenosi się na trzy tygodnie do siostry, "żeby wszystko sobie poukładać", i że kota zabiera ze sobą.
Dwa dni później zobaczyłem, jak ślusarz wymienia zamek w ich drzwiach — nie u niej, u nich, w tym samym mieszkaniu, do którego ona już nie wróciła. Adam stał obok, ręce w kieszeniach, i patrzył, jak fachowiec wyjmuje starą wkładkę.
Nie wiem, co było między nimi dalej. Wiem tylko, że mijam czasem panią Zofię na klatce, i teraz to ona schodzi pierwsza, byle nie musieć rozmawiać. A na parapecie u sąsiadki z parteru — bo tam ponoć Basia zostawiła Filemona na ten czas — grzeje się w słońcu stary rudy kot, i nikt już go stamtąd nie przepędza.







