Nie wiem, co sobie wyobrażał Konrad, kiedy szedł do mnie w środę po pogrzebie. Może myślał, że wystarczy postawić sprawę ostro, a ja się cofnę. Może liczył, że dwadzieścia lat patrzenia, jak ustępuję, zrobiło swoje.
Wszedł bez pukania. To akurat nic nowego — on nigdy nie pukał, odkąd Patrycja wprowadziła go do naszego mieszkania na Grochowie. Zdjął buty, chociaż nigdy tego nie robił. Zostawił je na wycieraczce, obok pustej miski po mleku. Kot sąsiadki znowu przychodził rano, a ja znowu zapominałam kupić mu cokolwiek innego.
— Teściowa, porozmawiajmy jak dorośli — zaczął, siadając na taborecie, którego nie zdążyłam schować po tym, jak wieszałam firanki.
Trzymał w ręku wydruk z ksiąg wieczystych. Widziałam te kartki dwa dni wcześniej — notariusz w Zamościu dała mi identyczne. Dom po mamie, numer działki 147/3, osiemdziesiąt dwa metry, stodoła z bali, sad z siedmioma jabłoniami. Wartość rynkowa: trzysta czterdzieści tysięcy.
Konrad położył wydruk na stole, na obrusie w kratę, prosto obok słoika z ogórkami, które mama zdążyła zrobić w sierpniu.
— Dom jest za duży dla jednej osoby — powiedział. — Patrycja się zgadza. Trzeba pomyśleć, co dalej.
Pamiętam, że wtedy wyjrzałam przez okno. Listopad na Lubelszczyźnie jest zawsze taki nijaki — ani zima, ani jesień. Sąsiad z naprzeciwka wyprowadzał psa, tego małego kundelka z urwanym ogonem, który szczeka na wszystko, co się rusza. Pomyślałam, że mama nigdy go nie lubiła, bo gonił jej kury, zanim jeszcze przestała je trzymać.
— Co proponujesz? — zapytałam, chociaż znałam odpowiedź.
— Sprzedać. Podzielić pieniądze na trzy części.
Na trzy. To znaczy jedna dla mnie, jedna dla Patrycji i jedna dla niego. Bo przecież on jest rodziną. Bo przecież „razem dbamy o siebie”. Te słowa słyszałam od niego przez ostatnie cztery lata, odkąd mama zaczęła chorować i potrzebowała opieki. Cztery lata, w czasie których on ani razu nie przyjechał do Zamościa. Cztery lata, w czasie których Patrycja odwiedziła babcię dwa razy — za pierwszym przywiozła kwiaty, za drugim zapomniała, że mama nie je już stałych pokarmów.
— Trzy części — powtórzyłam.
— No tak. Patrycja i ja prowadzimy wspólne gospodarstwo. To logiczne, że liczymy się jako dwie osoby.
Zawsze mówił „prowadzimy wspólne gospodarstwo”, jakby chodziło o kołchoz, a nie o wynajmowaną kawalerkę na Bródnie, w której od sześciu lat trzymali rzeczy w kartonach po telewizorach. Te kartony pamiętam, bo pomagałam im się pakować, kiedy uciekali z mieszkania, które im załatwiłam po znajomości u dawnej koleżanki z uczelni. Zalegli z czynszem za trzy miesiące i właścicielka kazała im się wynosić. Wtedy też myślałam, że to chwilowe.
— A co ty, Konrad, masz do tego domu? — zapytałam.
Zamarł z ręką nad obrusem. Przez chwilę patrzył na słoik z ogórkami, potem na mnie. Nie odpowiedział.
— Cztery lata — powiedziałam. — Cztery lata dojeżdżałam co tydzień z Warszawy do Zamościa. W piątek po pracy, pociąg o siedemnastej dziesięć. W niedzielę wieczorem powrót. Wiesz, ile kosztuje bilet? Osiemdziesiąt jeden złotych. Cztery lata. Pomnóż sobie.
— Nikt cię nie prosił…
— Nikt mnie nie prosił. Bo nie było kogo prosić. Ty i Patrycja nawet telefonu nie odbieraliście, jak dzwoniłam, że mama ma znowu zapalenie płuc. Pamiętasz? Styczeń. Dzwoniłam sześć razy. Oddzwoniłeś następnego dnia po południu.
Wstał z taboretu. W jego ruchach zobaczyłam coś, czego wcześniej nie zauważałam — napięcie w ramionach, jakby cały czas bał się, że ktoś mu coś zabierze. I nagle to do mnie dotarło: on naprawdę wierzył, że ten dom to jego. Bo przecież ożenił się z Patrycją, a Patrycja to moja córka, a więc wszystko, co moje, to i jego. Kiedyś, nie wiem, może pół roku po ślubie, powiedział przy obiedzie: „Rodzina to wspólnota majątkowa”. Wtedy to zignorowałam. Teraz tamto zdanie wróciło z całą siłą.
— Konrad — powiedziałam — dom zapisałam na Patrycję.
Zatrzymał się w pół kroku.
— Co?
— W zeszłym tygodniu. Akt darowizny. Dom przechodzi na Patrycję z prawem dożywotniego użytkowania dla mnie. Ja tam mieszkam, dopóki żyję, a ona jest właścicielką. Ale ty, mój drogi, nie masz z tym nic wspólnego.
Widziałam, jak poruszył ustami, zanim cokolwiek powiedział. Jak na chwilę zapomniał języka, a potem wrócił do siebie.
— Intercyza — dodałam. — Darowizna z wyłączeniem wspólności majątkowej. Nie dostaniesz ani złotówki z tego domu, niezależnie od tego, co Patrycja zrobi.
Nie wiem, co dokładnie działo się potem. Pamiętam tylko, że chwycił ten swój wydruk z ksiąg wieczystych, zgniótł go w kulkę i rzucił na podłogę, obok mojego taboretu. Potem wyszedł. Trzasnął drzwiami tak, że słoik z ogórkami podskoczył na stole. Mama zawsze bała się takiego dźwięku. Mówiła, że od trzaskania drzwiami pękają naczynia na półkach.
Zanim wyszłam do sądu, zdążyłam jeszcze wytrzeć podeszwy butów z szarego błota, które zostało po Konradzie na panelach.
Miesiąc później Patrycja przyszła do mnie z płaczem. Powiedziała, że Konrad wyprowadził się, kiedy zobaczył, że dom nie wchodzi do wspólnoty. Że zostawił ją z kredytem za samochód, który wziął na jej nazwisko, i że teraz ona musi spłacać dwadzieścia trzy tysiące za auto, którego nawet nie lubi.
Przyjęłam ją wtedy w Zamościu. Zrobiłam herbatę, taką z malinami, bo zostały mi z tamtego lata, kiedy mama jeszcze wychodziła na ogród. Siedziałyśmy w kuchni, a Patrycja płakała nad kubkiem z tym obitym uchem, którego nikt nigdy nie wyrzucał, bo mama mawiała, że kubki z uszczerbionym uchem trzymają ciepło najdłużej. Nie wiem, czy to prawda.
Nie powiedziałam wtedy dużo. Nie chciałam mówić: „a nie mówiłam”, bo to nie jest coś, co matka powinna mówić córce, która właśnie zrozumiała, że człowiek, którego wybrała, kochał ją tylko wtedy, gdy była częścią czyjegoś majątku.
Zamiast tego wstałam, podeszłam do kredensu i wyjęłam dokumenty. Położyłam przed nią na stole.
— To jest pełnomocnictwo do sprzedaży tego domu — powiedziałam.
Patrzyła na mnie, nie rozumiejąc.
— Sprzedamy go — ciągnęłam. — Dostaniesz połowę. Trzy czwarte może. Zdecydujemy.
— Ale babcia…
— Mama jest w dokumentach jako dożywotniczka. Jak sprzedamy, kupię sobie małe mieszkanie w Zamościu, blisko rynku. Ty weźmiesz swoją część i spłacisz ten kredyt.
Patrycja patrzyła na pełnomocnictwo, potem na mnie, potem na kubek. W końcu zapytała cicho:
— A jak Konrad wróci? Jak zobaczy, że mam pieniądze?
Wzruszyłam ramionami. Bo to, że wróci, to było pewne jak to, że w marcu znowu przyjdzie mróz. Ale tym razem to nie była moja decyzja, czy go przyjąć, ani moja, żeby ją przed tym ratować. Moja była tylko tamta darowizna i to, że nie przekazałam mu prawa do czegokolwiek.
— Moja droga — powiedziałam, a w ręku trzymałam długopis. — Jak wróci, to sama mu powiesz, że ten dom kosztował nas cztery lata dojazdów pociągiem o siedemnastej dziesięć.
Wyszłam do sieni i sprawdziłam, czy drzwi wejściowe są zamknięte. Nie były. Poprawiłam zasuwę, obróciłam klucz w zamku dwa razy. Stary zamek, po mamie, z mosiężną klamką w kształcie liścia. Mówiła, że w takim domu nie zamyka się drzwi, bo przecież każdy tu żyje z każdym. Ale teraz to był mój dom. I zamykałam go, kiedy chciałam.







