Kotek, którego chciano wyrzucić z kościoła przy ulicy Długiej

Proboszczowi, który podpisał zarządzenie o odłowieniu Fasolki i oddaniu go do schroniska, chciałabym opowiedzieć historię, którą zna już cała nasza dzielnica w Toruniu.

Nazywam się Bożena Kaczmarek, mam sześćdziesiąt cztery lata i od jedenastu lat sprzątam plebanię przy kościele świętego Jakuba. To ja pierwsza zauważyłam, że rudy kot z białą łatką na pysku przesiaduje na wąskim gzymsie wieży, tam gdzie kiedyś mieściła się gołębnik. Nikt nie wiedział, skąd się wziął – po prostu pewnego październikowego poranka był, i już został.

Fasolka – tak nazwały go dzieci z pobliskiej podstawówki – nie wybrał tego miejsca z uporu ani z przekory. Po prostu się tam zaklinował. Trzynaście metrów nad ziemią, na occie starej cegły, gzyms miał może dwadzieścia centymetrów szerokości. Widziałam go z okna zakrystii codziennie: siedział skulony, wpatrzony w podwórze, w sklepik pana Wieczorka po drugiej stronie ulicy, w tych wszystkich, którzy przez ostatnie trzy lata byli dla niego czymś w rodzaju rodziny.

Dziewiętnaście dni. Tyle wytrzymał tam, na górze, zanim ktokolwiek zdołał go zdjąć.

Trzeba powiedzieć jasno – ksiądz Roman nie znosił tego kota od dawna. Mówił, że drapie tynk, że straszy starsze parafianki, że w zeszłym roku strącił doniczkę z geranium prosto na głowę kościelnego. Kiedy Fasolka utknął na gzymsie, ksiądz zamiast wezwać straż, zadzwonił do miejskiego schroniska z prośbą, żeby go po prostu zabrali, gdy sam zejdzie z głodu. „Niech się nauczy", powtarzał.

Tylko że dzieci ze szkoły przy ulicy Piekary miały inne zdanie. Codziennie po lekcjach stały pod wieżą i wołały go po imieniu. Pani Halina, emerytowana krawcowa spod numeru siódmego, wynosiła mu miskę wody, choć i tak nie dosięgała nawet w połowie wysokości. Wolontariuszki z fundacji „Kocia Łapka" przywoziły puszki z karmą i próbowały wciągać je na wędce ze sznurka – czasem się udawało, czasem karma leciała na chodnik.

Ja sama codziennie rano, jeszcze przed odkurzeniem naw, stawałam w bramie i wpatrywałam się w górę. Pamiętam ten zapach mokrego kamienia po deszczu i to, że radio w kiosku obok wciąż grało tę samą piosenkę Maryli Rodowicz – jakby czas stanął w miejscu razem z Fasolką.

Dziesiątego dnia strażacy z jednostki przy alei Jana Pawła odmówili wyjazdu – powiedzieli, że nie interweniują dla kotów, chyba że jest zagrożenie życia ludzkiego. Piętnastego dnia zaczęło padać, zimno, prawdziwie listopadowe, i wszyscy bali się, że Fasolka po prostu spadnie z wycieńczenia.

To wtedy pani Halina, mimo swoich siedemdziesięciu ośmiu lat, wsiadła w autobus numer dwadzieścia siedem i pojechała prosto do kurii. Nie zapowiedziana, bez umówionego spotkania. Powiedziała tylko sekretarce: „Nie wyjdę, dopóki ktoś mnie nie wysłucha". Czekała trzy godziny na twardej ławce pod portretem biskupa.

Wysłuchał ją wikariusz, ksiądz Marcin, trzydziestodwuletni, świeżo po święceniach. Następnego dnia sam przyjechał pod kościół z alpinistą, którego znał jeszcze z czasów, gdy pracował przy renowacji zabytków. Wspinacz, niejaki Tomek Górski, założył uprząż i po czterdziestu minutach był na gzymsie.

Fasolka nie reagował ani strachem, ani pazurami. Dał się złapać bez oporu, jakby czekał właśnie na taki gest.

Kiedy Tomek zszedł z kotem owiniętym w kurtkę, na podwórzu stało chyba czterdzieści osób. Ksiądz Roman stał z boku, przy bramie, i nikt nie zauważył, kiedy właściwie zniknął – po prostu go już nie było, gdy dzieci zaczęły klaskać.

Fasolka trafił najpierw do weterynarza przy ulicy Mickiewicza – odwodnienie, złamany pazur, nic więcej. Trzy dni później wrócił, tyle że już nie na wieżę. Teraz mieszka na podwórku szkolnym, w budce, którą zbili mu uczniowie z klasy piątej c z desek po starej ławce.

Ksiądz Marcin, gdy obejmował parafię po przeniesieniu księdza Romana do innej diecezji trzy miesiące później, jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił, było podpisanie zgody na stałą karmę dla kota przy kościelnej bramie – oficjalnie, na piśmie, wklejone do zeszytu, który prowadzi rada parafialna. Papier leży w segregatorze w zakrystii, obok listy dyżurów przy sprzątaniu.

A ja każdego ranka, zanim wezmę odkurzacz, wciąż zaglądam na podwórko. Fasolka śpi teraz w budce albo wygrzewa się na schodkach, tam gdzie słońce pada najdłużej, z miską po karmie odsuniętą pod mur i sierścią przyklejoną do ciepłego kamienia.

Rate article
MagistrUm
Kotek, którego chciano wyrzucić z kościoła przy ulicy Długiej