Marta Wojnicka nie od razu zrozumiała, co czyta. Siedziała w poczekalni przychodni na Bemowie, czekając na wynik badania siostry, i przewijała wiadomości w telefonie, kiedy zobaczyła esemes od notariusza: umowa gotowa do podpisu, proszę o kontakt w sprawie warsztatu przy Radiowej.
Warsztat, który od dwudziestu trzech lat prowadził ich ojciec. Warsztat, który po jego śmierci miał zostać wspólny — dla niej i dla młodszej siostry, Beaty.
Tylko że nikt jej nie pytał o zdanie.
Zaczęło się rok wcześniej, kiedy tata zachorował. Marta wtedy pracowała w firmie logistycznej w Pruszkowie, dojeżdżała codziennie, nie miała czasu zaglądać na Radiową częściej niż raz w tygodniu. Beata mieszkała bliżej, przy Górczewskiej, i to ona zaczęła odwozić ojca na chemię, robić zakupy, pilnować recept. Marta była wdzięczna. Naprawdę. Dzwoniła co drugi dzień, pytała, czy czegoś nie trzeba, przywoziła w weekendy krokiety z tej budki na Wolskiej, którą tata lubił.
— Nie musisz się tak zamartwiać na odległość — mówiła jej wtedy Beata przez telefon. — Ja tu jestem, wszystko ogarniam.
Brzmiało to jak wsparcie. Dopiero później Marta zrozumiała, że to było coś innego.
Ojciec zmarł w lutym, w Instytucie Onkologii przy Roentgena. Miał sześćdziesiąt dziewięć lat. Na pogrzebie, w kaplicy na Powązkach, Beata trzymała ją za rękę i mówiła, że teraz zostały tylko we dwie, że muszą trzymać się razem. Marta wtedy w to wierzyła.
Warsztat — dwa boksy, kanał, sprężarka, klientela ciągnąca się jeszcze z lat dziewięćdziesiątych — nie był w testamencie zapisany wprost. Tata zawsze mówił, że to dla obu córek, że kiedyś się dogadają. Nigdy nie spisał tego u notariusza. Może myślał, że ma więcej czasu. Może po prostu wierzył, że siostry same się porozumieją.
Przez pierwsze miesiące po pogrzebie wszystko wyglądało w porządku. Beata zajęła się formalnościami spadkowymi, bo — jak mówiła — "ja tu jestem na miejscu, tobie by się nie chciało jeździć do sądu co dwa tygodnie". Marta podpisywała pełnomocnictwa, jakie jej przynoszono. Nie czytała ich uważnie. Ufała.
Aż do tego esemesa od notariusza.
Zadzwoniła do kancelarii tego samego dnia, jeszcze z korytarza przychodni.
— Pani Marto, umowa darowizny udziału w prawie do lokalu warsztatowego przy Radiowej, między panią Beatą Wojnicką a jej mężem, Krzysztofem Kowalikiem — powiedziała asystentka spokojnym, urzędowym tonem, jakby czytała listę zakupów. — Podpisanie zaplanowane na przyszły wtorek. Wycena całej nieruchomości to czterysta osiemnaście tysięcy złotych.
Marta stała przy oknie, patrzyła na parking, na starą pomarańczową skodę, która nie mogła wyjechać z ciasnego miejsca, i poczuła, jak palce jej się zaciskają na obudowie telefonu, aż paznokcie zbielały.
— Jaki udział? Ten warsztat jest po ojcu, wspólny, ja tam mam swoją część.
Cisza po drugiej stronie trwała chwilę za długo.
— Według dokumentów, które mamy, jedyną spadkobierczynią wpisaną do księgi wieczystej jest pani Beata.
Tego wieczoru Marta pojechała prosto na Radiową. Zastała siostrę w biurze warsztatu, przy tym samym metalowym biurku, przy którym kiedyś ojciec liczył utarg do papierowego kajetu. Beata piła kawę z termosu, obok leżał otwarty laptop.
— Co to za umowa z notariuszem? — zapytała Marta od progu, nie zdejmując kurtki.
Beata nawet nie podniosła się z krzesła.
— A, to. Chciałam ci powiedzieć, tylko jakoś… nie było dobrego momentu.
— Dobrego momentu przez osiem miesięcy?
— Marta, bądź poważna. To ja tu byłam codziennie. To ja woziłam tatę na chemię, to ja siedziałam z nim nocami, kiedy ty miałaś "pracę w Pruszkowie". Ten warsztat to nie firma z ulicy, to jest… to jest to, co mi się należy za to wszystko.
— Ojciec chciał, żeby był dla nas obu. Mówił to milion razy.
— Mówił, mówił. — Beata w końcu wstała, zamknęła laptopa z trzaskiem. — A w papierach nic nie zostawił. Bo ufał, że ja się tym zajmę uczciwie. I zajęłam się. Krzysztof zna się na księgowości, przejmie zarządzanie, będzie normalna firma, a nie skansen na trzech mechaników po sześćdziesiątce.
— Więc po prostu mnie wywłaszczasz. Z tego, co budował tata przez dwadzieścia trzy lata.
— Nie wywłaszczam. Po prostu porządkuję to, co i tak faktycznie jest moje. A jak spróbujesz z tym walczyć, to pierwsze, co zrobię, to pójdę po plotę na osiedlu, że rodzona siostra chce rozjechać pamięć po tacie na kawałki, żeby wyciągnąć kasę.
Marta wyszła bez słowa. Na zewnątrz mżył wrześniowy deszcz, taki drobny, prawie niewidoczny, ale przemakający na wylot. Usiadła w samochodzie i przez dwadzieścia minut nie odpaliła silnika. Myślała o tacie, o tym, jak wieczorami przy tym samym metalowym biurku uczył ją liczyć marżę na oponach, jeszcze zanim skończyła piętnaście lat.
Ale wiedziała jedno: nie mogła dopuścić, żeby ten wtorek u notariusza w ogóle się odbył.
Następnego dnia rano zadzwoniła do kancelarii adwokackiej przy placu Bankowym, do której kiedyś odsyłał ją znajomy z pracy — specjalizowali się w sprawach spadkowych. Adwokatka, pani Halina Rybicka, kobieta może pięćdziesięcioletnia, o głosie chropowatym od papierosów, wysłuchała całej historii w dwadzieścia minut i powiedziała rzecz, która zmieniła wszystko:
— Skoro nie było testamentu ani formalnego działu spadku, a pani jest córką zmarłego, to z mocy prawa jest pani współwłaścicielką tego udziału w nieruchomości razem z siostrą. Ta umowa darowizny, jeśli w ogóle dojdzie do podpisania, będzie dotyczyła majątku, który częściowo nie należy do darczyńcy. Możemy złożyć wniosek o zabezpieczenie i zawiadomić notariusza formalnie, na piśmie, jeszcze dziś. Muszę jednak uprzedzić: honorarium za samo zabezpieczenie to osiem tysięcy, a jeśli siostra zdecyduje się kwestionować pani udział w sądzie, liczmy się z tym, że to potrwa miesiącami.
Marta wróciła do domu z papierami, które trzeba było podpisać, i z kalkulacją, ile pieniędzy odłoży z premii rocznej na adwokatkę. Mąż, kiedy usłyszał sumę, tylko potarł kark i zapytał, czy to na pewno warto tej wojny z siostrą. Nie powiedziała mu wtedy, że tej nocy, i jeszcze kilku następnych, będzie leżeć z otwartymi oczami, licząc w głowie, ile zostanie im na koncie, jeśli sprawa się przeciągnie.
Beata nie czekała bezczynnie. Zadzwoniła dwa dni później, głosem łagodnym, prawie proszącym.
— Marta, pomyśl, co powie mama Krzysztofa, sąsiedzi, ludzie z kościoła na Górczewskiej. Że rodzone siostry ciągają się po sądach o warsztat, w którym tata jeszcze nie zdążył wystygnąć w grobie. Wycofaj to zgłoszenie do notariusza, a dogadamy się polubownie, przysięgam.
— Polubownie to już próbowałaś. Bez pytania mnie o zdanie.
W kancelarii notarialnej przy Krakowskim Przedmieściu, we wtorek, dziesięć minut przed umówioną godziną, Beata stała już w eleganckim żakiecie, obok Krzysztof w garniturze, wyraźnie zadowolony z siebie. Kiedy zobaczyła Martę wchodzącą z teczką, jej twarz się zmieniła.
— Co ty tu robisz?
— To samo, co ty. Załatwiam sprawy spadkowe po ojcu.
Notariusz, mężczyzna w okularach, patrzył to na jedną, to na drugą siostrę.
— Pani Marto, czy ma pani jakieś zastrzeżenia do planowanej czynności?
Marta wyjęła z teczki pismo od adwokatki, kopię aktu zgonu ojca, zaświadczenie o dziedziczeniu ustawowym.
— Ten warsztat nie jest wyłączną własnością mojej siostry. Jestem spadkobierczynią w połowie i nie wyrażam zgody na tę darowiznę.
Krzysztof zrobił krok w jej stronę i wyrwał jej z rąk kopię zaświadczenia, jakby chciał ją podrzeć na miejscu.
— To jakieś lipne papiery, ona to sobie wydrukowała wczoraj wieczorem, niech pan sprawdzi datę wystawienia — powiedział do notariusza, machając kartką.
— Panie Krzysztofie, proszę oddać dokument i usiąść — powiedział notariusz ostro, po czym zwrócił się do wszystkich obecnych. — W takiej sytuacji nie mogę procedować tej czynności. Proszę o uregulowanie stanu prawnego nieruchomości, zanim wrócicie państwo do mnie.
Beata stała nieruchomo, z zaciśniętymi ustami. Krzysztof rzucił kartkę na stół i wyszedł pierwszy, trzaskając drzwiami tak, że sekretarka za ladą aż podniosła głowę znad komputera.
Do sprawy o dział spadku doszło dopiero pół roku później, w sądzie rejonowym dla Warszawy-Woli — Beata najpierw próbowała podważyć zaświadczenie o dziedziczeniu, potem złożyła wniosek o odroczenie, tłumacząc się chorobą Krzysztofa, a na trzeciej rozprawie jej pełnomocnik zażądał wyceny warsztatu od trzech różnych rzeczoznawców, bo — jak twierdził — pierwsza była "zaniżona celowo". Marta w tym czasie dwukrotnie zmieniała plany urlopu, żeby stawić się na terminach, a na osiedlu przy Górczewskiej ktoś rozpuścił plotkę, że to ona wyrzuciła Beatę z rodzinnego biznesu dla pieniędzy.
Sędzia, po wysłuchaniu obu stron i przejrzeniu ksiąg warsztatu — które, jak się okazało, Beata prowadziła całkiem rzetelnie — orzekł ostatecznie podział: pięćdziesiąt procent dla Marty, pięćdziesiąt dla Beaty, z prawem pierwokupu dla siostry pozostającej w warsztacie, jeśli druga zechce sprzedać swój udział, licząc od wyceny czterystu osiemnastu tysięcy złotych.
Marta swój udział sprzedała. Wynegocjowała cenę z pomocą rzeczoznawcy — sto dziewięćdziesiąt dwa tysiące złotych za swoją połowę, wypłacone w dwóch transzach, na konto, które otworzyła specjalnie na tę okazję, osobno od wspólnego konta z mężem.
Ostatni raz widziała siostrę w kancelarii notarialnej, przy podpisywaniu ugody. Beata nie patrzyła na nią, kiedy składała podpis — patrzyła w okno, za którym przejeżdżały autobusy linii 190.
— Mogłyśmy się dogadać inaczej — powiedziała cicho, kiedy już wychodziły.
— Mogłyśmy — odpowiedziała Marta, wkładając kopię ugody do teczki.
Wyszła na Krakowskie Przedmieście, gdzie wiatr niósł zapach frytek z pobliskiej budki i gdzieś w tłumie turystów grał uliczny akordeonista. W kieszeni kurtki telefon zawibrował. Na ekranie pojawiło się imię: Beata. Marta patrzyła na nie przez chwilę, kciukiem przesuwając po szkle, aż ekran zgasł sam. Włożyła telefon z powrotem do kieszeni i poszła w stronę przystanku, nie oglądając się za siebie.







