Kot, który zatrzymał korek na obwodnicy Gliwic

Nazywam się Wiesław Kopeć, mam sześćdziesiąt jeden lat i od dwudziestu trzech pracuję jako operator na budowie dróg. Tego dnia, w połowie września, kończyliśmy nasyp pod nowym wiaduktem na obwodnicy Gliwic, tam gdzie droga przecina pas starego lasu koło Łabęd. Zmiana miała się skończyć o piętnastej, bo wieczorem grałem z synem w karty — to taki nasz rytuał co czwartek, odkąd żona zaczęła pracować na nocki w szpitalu.

Firma budowała tam coś, czego wcześniej nigdy nie widziałem przy drodze — zieloną kładkę, szeroką jakieś dwanaście metrów, obsypaną ziemią i obsadzoną krzakami tarniny, która miała przerzucić las z jednej strony na drugą, nad samą jezdnią. Inżynier z nadzoru, pan Rybarczyk, tłumaczył nam przy odprawie, że to dla zwierząt — żeby sarny, lisy, może nawet borsuki mogły przechodzić z jednego kawałka lasu do drugiego bez wchodzenia na asfalt. Śmiałem się wtedy z kolegami, że budujemy autostradę dla saren, a oni mają pierwszeństwo przed nami w korkach.

Tego popołudnia stałem przy koparce, czekając, aż geodeta skończy pomiary, kiedy na skarpie pojawiło się coś rudego. Rudy kot, chudy, z uciętym kawałkiem ucha, dreptał wzdłuż barierki, jakby szukał przejścia. Przystanął, obwąchał słupek, odwrócił pysk w stronę jezdni i stał tak dobrą minutę. Ruch na obwodnicy nie był duży, ale dość, żeby się bał przejść — fury jechały tam co kilkanaście sekund, raz za razem.

Zawołałem Grzesia, młodszego kolegę, żeby zobaczył. Kot w tym czasie znalazł wejście na nasyp kładki, tej jeszcze nieukończonej, i wszedł na nią jak po swoim. Szedł środkiem, powoli, zatrzymując się przy każdej kępie trawy, którą zasadziliśmy tydzień wcześniej. Byłem już spóźniony na przerwę, miałem jeszcze podpisać protokół u Rybarczyka przed piętnastą, ale nie mogłem się ruszyć od tej barierki.

W tym samym czasie na dole, na samej jezdni, stał korek — nie przez kota, tylko przez nasze roboty, bo zamknęliśmy jeden pas. Kierowcy trąbili, aż w końcu jakiś mężczyzna w szarym Volkswagenie Passacie wyskoczył z auta, zostawiając drzwi otwarte na jezdni, i zaczął iść w stronę naszej taśmy, krzycząc, że to skandal, że robimy drogę dla zwierząt, a ludzie czekają pół godziny do pracy. Grzesiek odwrócił się do niego, żeby go zatrzymać przy barierkach, i akurat w tym momencie kot był na samym środku kładki.

Wtedy od strony lasu, z dołu wzdłuż ogrodzenia, wypadł pies — pewnie czyjś, bez obroży, szczekając na cały głos, prosto w stronę nasypu. Kot przystał w pół kroku, uszy przyklejone do głowy, ogon sztywny jak drut. Z jednej strony dwanaście metrów otwartej kładki bez żadnej osłony, z drugiej pies, który już wchodził na skarpę. Mężczyzna z Passata, nie wiedząc, co się dzieje, ruszył dalej w naszą stronę, machając rękami przy samej barierce, a koparka, którą zostawiłem na biegu jałowym, akurat zaryczała, bo operator z drugiej zmiany odpalał hydraulikę do przesunięcia łyżki.

Kot zerwał się do biegu. Nie w stronę lasu, z którego wyszedł, ale naprzód, przez całą kładkę, niżej przy samej krawędzi, tam gdzie jeszcze nie było do końca ubitej ziemi. Jedna łapa ześlizgnęła się na świeżo zasypanym rumoszu, kot zarył pazurami, zatrzymał się na sekundę przy samym skraju, nad jezdnią, nad korkiem, nad tym Passatem z otwartymi drzwiami — i doskoczył resztą ciała na stabilny gruntu po drugiej stronie. Pies dobiegł do nasypu i stanął, warcząc na sam początek kładki, dalej nie wszedł.

Grzesiek stał z ręką wciąż wyciągniętą w stronę kierowcy, który w końcu się zatrzymał, bo zobaczył, co się dzieje na górze. Nikt z nas się nie odezwał, dopóki kot nie zniknął w poszyciu po stronie lasu.

Mężczyzna z Passata popatrzył jeszcze chwilę na nasyp, potem na swój samochód stojący z otwartymi drzwiami w korku, i bez słowa poszedł się do niego wsiąść. Pies pokręcił się jeszcze przy barierce i zbiegł do rowu.

Po pracy, jak zwykle, poszedłem do baru przy przystanku na kawę, bo autobus do domu mam co czterdzieści minut i zawsze zostaje mi chwila. Pan Edek, barman, zapytał, co dziś na budowie, bo wie, że lubię opowiadać. Powiedziałem mu o kocie i psie, a on tylko nalał mi kawę do pełna i rzucił, że za jego czasów nikomu nie przyszłoby do głowy budować most dla lisów, bo wtedy liczyło się tylko, żeby fabryka miała szybki dojazd.

Nie wiem, co się stało z tym rudym kotem dalej — może ma gniazdo gdzieś w lesie koło starego wyrobiska, może to był tylko przechodzień, który wraca tą drogą co tydzień. Wiem tylko, że wieczorem, kiedy jechałem autobusem numer osiemnaście do domu, most był już prawie gotowy, brakowało tylko ostatniej warstwy ziemi i kilku krzaków po stronie zachodniej.

Przez okno autobusu, w świetle zapadającego zmierzchu, zdążyłem jeszcze zerknąć na kładkę. Grzesiek, który został na nocną zmianę, zawołał coś do mnie przez otwartą szybę budki ochrony, ale autobus już ruszał i nie usłyszałem nic więcej niż: „Wieśku, ten rudy znowu tu kręci się koło barierki!"

Rate article
MagistrUm
Kot, który zatrzymał korek na obwodnicy Gliwic