O trzeciej w nocy na oddziale intensywnej terapii noworodków czas przestaje mieć znaczenie. Lampy świecą tu całą dobę, aparatura popiskuje bez przerwy, a za oknem obojętnie na wszystko wybija godziny zegar na wieży kościoła Mariackiego — Aneta widziała go za każdym razem, gdy wychodziła zaczerpnąć powietrza przed wejściem do szpitala wojewódzkiego, chociaż rzuciła palenie już trzy lata temu. Po prostu wychodziła odetchnąć, bo w środku powietrze było inne: ostre, szpitalne, przesiąknięte spirytusem i strachem.
Jej córka, Milenka, urodziła się w dwudziestym szóstym tygodniu. Ważyła sześćset osiemdziesiąt gramów — mniej niż kilogram cukru, który Aneta kupowała w sklepie naprzeciwko bloku. Lekarze mówili ostrożnie, dobierając słowa, jakby stąpali po cienkim lodzie: „są szanse", „organizm walczy", „zobaczymy, jak to pójdzie dzień po dniu". Ojciec dziecka, Michał, trzymał się przez pierwsze dwa tygodnie. A potem zaczął znikać.
Najpierw drobnymi krokami. Obiecywał, że przyjedzie wieczorem, i nie przyjeżdżał. Pisał, że „zatrzymał się w pracy", choć Aneta wiedziała, że pracuje jako kierownik w markecie budowlanym przy obwodnicy, zmiana kończy się o siódmej. Potem przestał pisać w ogóle. A kiedy zadzwoniła dziesiątego dnia i zapytała wprost — czy przyjedzie chociaż popatrzeć na córkę przez szybę — usłyszała w słuchawce obcy, jakby odczytany z instrukcji głos:
— Aneta, nie mogę. Nie wytrzymuję tego. Przepraszam.
Wtedy nie zapłakała. Stała na korytarzu oddziału, trzymając w ręku papierowy kubek ze stygnącą kawą z automatu, i patrzyła na drzwi z napisem „Wejście tylko w ochraniaczach i fartuchu". Za tymi drzwiami leżała jej córka, podłączona do respiratora, z rurkami cieńszymi niż słomka do koktajlu. A mężczyzna, z którym przeżyła cztery lata, właśnie powiedział, że nie wytrzymuje.
Teściowa, Krystyna, przyjechała drugiego dnia po porodzie — przywiozła rosół w termosie i robione na drutach bucioki, zrobione jeszcze zanim ktokolwiek wiedział o jakimkolwiek wcześniactwie. Patrzyła na wnuczkę przez szybę inkubatora w milczeniu, potem powiedziała cicho:
— Michał zawsze uciekał, kiedy było strasznie. Jeszcze od dziecka. Chorego psa nie mógł przy sobie trzymać — oddawał sąsiadom, żeby nie patrzeć. Nie pytaj mnie, dlaczego go takim wychowałam. Sama nie wiem.
I teraz, dwa miesiące później, kiedy Milenka oddychała już sama, tylko z wsparciem tlenowym, ważyła dwa kilogramy sto gramów i zaczęła ssać z butelki, do sali Anety weszła ordynatorka oddziału razem z pracownicą socjalną szpitala. Wyjaśniły: Michał złożył dokumenty o zrzeczenie się praw rodzicielskich. Przyszedł sam, bez adwokata, podpisał papier u notariusza przy ulicy Floriańskiej — powiedział, że „uczciwiej będzie uwolnić dziecko od takiego ojca, niż być oszustwem".
Aneta wzięła kopię dokumentu, przeczytała dwa razy. Za oknem sali zapadał zmierzch — było wpół do szóstej wieczorem, na sąsiednim podwórku ktoś wyprowadzał owczarka, a pies szczekał na każdy samochód przejeżdżający obok.
Nie powiedziała ani słowa o tym Krystynie przez trzy dni. Nie dlatego, że miała do niej żal — teściowa nie była tu niczemu winna, przyjeżdżała co tydzień, przywoziła pieluchy i pieniądze, ile tylko mogła z emerytury pielęgniarki. Aneta po prostu czekała, aż Milenka przejdzie na samodzielny oddech ostatecznie, żeby nie marnować sił na nic poza córką.
A kiedy lekarze w końcu powiedzieli „wypisujemy za tydzień", Aneta zrobiła trzy rzeczy pod rząd, jednego dnia.
Rano pojechała do notariusza przy tej samej Floriańskiej i sporządziła pełnomocnictwo wyłącznie na siebie — do wszystkich dokumentów dziecka, do karty medycznej, do przyszłego załatwienia świadczenia jako samotna matka. W południe poszła do banku PKO przy Rynku i zamknęła wspólne z Michałem konto, na którym leżało czternaście tysięcy złotych — odkładane razem na rzeczy dla dziecka jeszcze przed porodem. Połowę sumy, siedem tysięcy, przelała na nowe konto, otwarte tylko na swoje nazwisko. Drugą połowę zostawiła jemu — nie z litości, tylko dlatego, że tak było uczciwie wobec prawa, a ona nie chciała dawać powodu do sądów.
Wieczorem napisała mu jedną wiadomość: „Dokumenty o zrzeczeniu dostałam. Z mojej strony też wszystko podpisane — nie wnoszę zastrzeżeń. Pieniądze ze wspólnego konta podzielone po równo, przelew zobaczysz. Więcej pisać nie będę".
Oddzwonił po godzinie. Nie odebrała. Dzwonił jeszcze dwa razy tego wieczoru — i umilkł.
Tydzień później, w piątek, Aneta wywoziła córkę ze szpitala. W wózku, który kupiła jeszcze Krystyna, w ciepłym rampersie z napisem „Mała, ale silna" — prezent od pielęgniarek z oddziału. Przy wyjściu z budynku, obok szlabanu, stał Michał. Wychudzony, w tej samej kurtce, w której przychodził dwa miesiące temu. Stał i się nie zbliżał — po prostu patrzył z daleka, jak prowadzi wózek do taksówki.
Aneta go zobaczyła, zatrzymała się na sekundę. Nie podeszła. Poprawiła kocyk wokół córki, wsiadła do samochodu. Ostatni raz spojrzała przez okno — on wciąż stał przy szlabanie, ręce w kieszeniach, i nie zrobił ani kroku w jej stronę.
Taksówka wyjechała na aleję. Milenka zasapała przez sen. Aneta wyjęła z torby teczkę z dokumentami — akt urodzenia, gdzie w rubryce „ojciec" widniała kreska, i pełnomocnictwo podpisane tego ranka — i położyła je na wózku, na kocyku, jakby to też było częścią bagażu, który wiozła do domu.







