Rudy ślad po śmietanie na parapecie

Rudemu burczało w brzuchu tak, że aż wstyd przed gołębiami. Trzeci października, Łódź mokła w deszczu, a on przeciskał się między kontenerami przy Piotrkowskiej. Nie żeby lubił tę część miasta — za dużo turystów, za mało cichych bram z litościwymi dozorcami. Ale w bramie przy numerze sto ósmym zawsze coś kapnęło. Pan Heniek, administrator, miał kota na punkcie kotów. Dosłownie.

Tyle że dzisiaj brama była pusta. Żadnej miseczki, żadnego kartonu wysłanego gazetą. Tylko śmieciarka ryczała gdzieś na skrzyżowaniu z Nawrot. Rudy usiadł na mokrym chodniku i zastanowił się, czy życie bezdomnego dachowca ma w ogóle sens. Ogon mu zwiotczał z głodu.

— Kici, kici… — głos był cichy, jakby dochodził spod ziemi. — Masz, biedaku, bo cię wiatr zdmuchnie.

Rudy odwrócił łeb i znieruchomiał. Kobieta. Wyglądała staro i młodo jednocześnie — twarz gładka, ale oczy wypłowiałe, jakby ktoś wyciągnął z nich niebieski barwnik. Trzymała w palcach plasterek żółtego sera. Wszystko byłoby normalnie, gdyby nie to, że przez jej ramię prześwitywał szyld zakładu fryzjerskiego «Grzegorz». Szyld był czerwony, a przez kobietę wydawał się różowy.

— No proszę — szepnął Rudy do siebie. — Pierwszy raz widzę ducha, co pachnie serem.

Wziął poczęstunek delikatnie, żeby nie musnęła go tymi półprzezroczystymi palcami. Bał się, że przejdą mu przez pysk. Nie przeszły — były jednak materialne. Ser też. Prawdziwy, podlaski, lekko wilgotny.

— Przyjdę jutro. Postaram się — powiedziała kobieta. — Jeśli tylko zdążę.

I poszła. Stąpała po kałużach, ale woda się pod nią nie marszczyła. Rudy przełknął ostatni kęs i podjął decyzję: musi iść do burego.

Bury był postrachem wszystkich okolicznych kotów. Mieszkał w starej kotłowni przy ulicy Wschodniej, w budynku, który pamiętał jeszcze carski garnizon. Mówiono, że jest wściekły, że widzi cudze śmierci, że raz przepowiedział pożar i wszyscy uznali go za pomylonego. Z nikim się nie zadawał. Żywiła go tylko woźna z podstawówki numer sto jeden — niepozorna babina, która codziennie przynosiła mu resztki szkolnych obiadów i nigdy nie pytała, czemu burczy na cały świat.

Do kotłowni wchodziło się przez wybite okienko piwniczne. Rudy przecisnął się między zardzewiałymi rurami i stanął przed Burym — wielkim, szarym, z jednym uchem naderwanym po jakiejś dawnej walce.

— Czego? — Bury nawet nie otworzył oczu.

— Potrzebuję rady. Widziałem kobietę. Dobrą, dała mi ser. Ale przez nią widać było świat. Prawie znika, kolego. Da się to wyleczyć?

Bury powoli uniósł powieki. Jego oczy były żółte, mętne od katarakty, ale wciąż przenikliwe.

— Zespół Ostatniego Człowieka — wymruczał. — Jak się człowiek robi nikomu niepotrzebny, robi się też przezroczysty. Najpierw dla świata, potem dla siebie. Aż w końcu… nie ma go. Ot, prosta rzecz. Jak paragon po dwóch dniach — blaknie i znika.

— Ale jak jej pomóc? — naciskał Rudy.

Bury ziewnął. Kły miał starte, ale wciąż groźne.

— Głupi jesteś czy głodny? Skoro znika od braku bliskich, to daj jej bliskiego. Siebie na przykład. Chciała ci pomóc, to teraz ty pomóż. Ja się tak uratowałem. Moja woźna — myślisz, że mnie karmi z dobroci? Nie, młody. Ona mnie potrzebuje. I ja jej. Kwity.

Rudy nie pytał o szczegóły, bo Bury już zasypiał.

Nazajutrz Rudy czekał pod tą samą bramą. Świtało. Pani znów przyszła, tym razem z serkiem topionym w sreberku. Była bledsza niż wczoraj — przez jej pierś prześwitywały gołębie dziobiące niedopałki na chodniku.

— Jesteś — ucieszyła się. — Myślałam, że już nie przyjdziesz.

Rudy otarł się o jej kostkę. Nie rozpuściła się od dotyku, więc nacisnął mocniej.

— Chcesz ze mną? — zapytała cicho. — Nie mam wiele. Kawalerka przy Kilińskiego, widok na podwórko-studnię, kaloryfer ledwo grzeje… Ale herbata jest.

— Miau — odparł Rudy, co miało znaczyć: «Twoje warunki są do przyjęcia».

Danuta (tak miała na imię) od piętnastu lat pracowała w zakładzie krawieckim przy Piotrkowskiej. Szyła na maszynie, której terkotanie znała lepiej niż głosy współpracowników. Koledzy z pracy przestali ją zauważać tak dawno, że nawet nie pamiętała kiedy. Nowy kierownik przez pierwszy miesiąc pytał: «Przepraszam, pani z kadr?» — a ona poprawiała: «Nie, z krojowni». I tak co rano. Potem przestał pytać. Pewnie uznał, że to któraś z emerytek.

W domu też było pusto. Syn wyjechał do Irlandii dziesięć lat temu. Raz na rok dzwonił, pytał o zdrowie, obiecywał przyjechać na święta i nie przyjeżdżał. Na początku płakała, potem przywykła. W końcu przestała czekać — i wtedy właśnie zaczęła znikać. Najpierw zauważyła, że w odbiciu lustra w przedpokoju jest jakaś rozmazana. Potem sprzedawczyni w warzywniaku podała jej ziemniaki, nie patrząc w twarz — jakby wyciągała rękę do powietrza. W końcu przestała widzieć samą siebie.

Aż pojawił się Rudy. Mały, chudy kocur o sierści w kolorze jesiennego klonu. Z tego, co zdążyła zaobserwować przez dwa dni znajomości, miał jedną wadę: był bezczelny. Wszedł do kawalerki i od razu wskoczył na jedyne krzesło.

— No dobrze, panie władzo — powiedziała, stawiając przed nim spodek z mlekiem. — Urzęduj.

Rudy urzędował. Pił mleko, mruczał na kanapie, w nocy spał zwinięty przy jej głowie. Rano odprowadzał ją do drzwi, a po południu czekał na parapecie. Mijał tydzień, potem drugi. Danuta zaczęła kupować mu zabawki: myszkę na sznurku, piłeczkę z dzwoneczkiem, drapak z Biedronki. Któregoś dnia, przy płaceniu, sprzedawczyni spojrzała jej w oczy.

— Ma pani kota? — zapytała z zainteresowaniem. — Też chciałabym, ale mąż nie pozwala.

Danuta zdębiała. Ktoś do niej mówił. Ktoś ją widział!

Przyjrzała się swojemu odbiciu w szybie sklepowej. Nie było rozmazane. Była tam. Wszystkie kontury na miejscu, włosy spięte staroświecką spinką, płaszcz w drobną kratkę. Obok niej stało krzesło ze sklepu, a na oparciu — Rudy, obrażony na cały świat, że musiał wyjść z domu.

— Ty naprawdę jesteś magiczny — szepnęła.

— Mrał — odparł, co znaczyło mniej więcej: «Daj mi spokój, boli mnie brzuch od tej podróży transatlantyckiej».

W marcu Rudy wrócił do kotłowni przy Wschodniej. Serce waliło mu jak młotem — bał się, że znajdzie burego szkielet wśród rur. Ale nie. Bury siedział na tym samym parapecie co zawsze, tylko wyglądał inaczej. Był grubszy. A przy jego łapie leżał gryzak w kształcie kości.

— Ty… ty masz zabawkę? — Rudy zapomniał języka w pysku.

— A ty masz obrożę? — odparował Bury. — Bo widzę, że błyszczy ci się coś przy szyi.

To była prawda. Danuta kupiła mu obrożę przeciwpchelną, seledynową, z maleńkim dzwoneczkiem.

— Jestem tu, żeby… podziękować — wydukał Rudy. — Twoja rada zadziałała. Ona już nie prześwituje. W pracy dostała premię. Ktoś ją nawet zaprosił na kawę. Taki jeden z poczty. Chyba niedowidzi, ale ważne, że z dobrego serca.

Bury mruknął z aprobatą, a potem zeskoczył z parapetu. Ruchy miał nadal stare, artretyczne, ale w oczach coś błyskało. Zadowolenie, może duma.

— Dobra nasza — rzekł Bury. — Powiem ci coś na koniec, bo nie wiem, czy się jeszcze zobaczymy. Nie chodzi o bycie potrzebnym. To za mało. Chodzi o to, żeby ktoś nas chciał widzieć. Każdego dnia, tak po prostu. Jak ja swoją woźną. Patrzę na nią, ona na mnie. I to trzyma nas oboje na tym świecie. Proste? To leć. Kobieta będzie się martwić.

Rudy skinął łbem i wycofał się przez okienko. Gdy przebiegał przez podwórko przy Jaracza, minął go chłopiec w szaliku. Chłopiec krzyknął do matki:

— Mamo, zobacz! Rude kota idzie gdzieś bardzo ważnego!

Rudy przyspieszył. Miał rację, szedł w ważnej sprawie. W domu czekała na niego herbata, sucha karma z łososiem i para niebieskich oczu, które teraz naprawdę błyszczały. Na parapecie, który po ostatnim remoncie sąsiada z dołu był biały jak śmietana.

Danuta kupiła nowe firanki.

Rate article
MagistrUm
Rudy ślad po śmietanie na parapecie