Siedziała na ławce, nie mogąc się ruszyć. Jeszcze słyszała jego głos. „Kasia, wybacz, to nie ma sensu. Musimy to zakończyć”.
Najpierw było zdziwienie. Potem niedowierzanie. A potem cisza.
Olek odszedł szybkim krokiem w stronę przystanku, wyraźnie chciał zniknąć, zanim cokolwiek do niego dotrze. Nie obejrzał się ani razu. Kasia odprowadzała go wzrokiem, aż jego sylwetka rozpłynęła się w marcowej mżawce między drzewami parku Skowroniego we Wrocławiu. Dopiero wtedy dotarło do niej, co się stało. Pięć lat. Pięć lat wspólnego życia, remontu kawalerki na Nadodrzu, planów na jesienny ślub. Wszystko skończyło się w dwadzieścia sekund na środku alejki.
Nie płakała. Siedziała na mokrej ławce i gapiła się w ziemię. Czas się rozmył. Oprzytomniała dopiero, gdy poczuła na sobie czyjeś spojrzenie.
Poderwała głowę. Serce podskoczyło jej do gardła.
Nikogo. Pusta aleja, gołe gałęzie, szare niebo.
I tylko naprzeciwko, na sąsiedniej ławce, leżał czarny, kudłaty pies. Łeb oparty na łapach, wzrok wbity prosto w nią. Nawet nie drgnął. Po prostu patrzył.
To był ten sam bezdomny kundel, którego widywała tu od tygodnia. Zawsze gdzieś w oddali. Kiedyś nawet pomyślała: „Ciekawe, czy ktoś go szuka”. Ale pomyślała przez sekundę, a potem wracała do swojego życia. Do Olka. Do listy zakupów. Do niczego ważnego.
Teraz nie mogła oderwać wzroku od psa.
Podniosła się ciężko i ruszyła w stronę domu.
Pies nie ruszył się z miejsca.
—
Mieszkanie uderzyło ją ciszą. W przedpokoju stały jego adidasy. Na stole w kuchni — niedopity kubek z herbatą. W łazience jego dezodorant w szafce. W lodówce miska sałatki, którą przygotowała wczoraj na kolację. Jego ulubiona, z kurczakiem i orzechami.
Przeszła przez pokój i stanęła przed lustrem w przedpokoju.
Zobaczyła kogoś obcego. Twarz ściągnięta, ramiona wciągnięte w sweter, włosy przyklepane od wilgoci. I spojrzenie. Jakby wszystko, co było w niej ciepłe i poukładane, nagle wyparowało.
I wtedy przypomniała sobie tego psa. Ten wzrok. To samo.
Stała tak może minutę. Potem zdjęła płaszcz z wieszaka, już miała wyjść — ale zawróciła do kuchni, złapała miskę z sałatką i wybiegła. Adidasy Olka zostały w przedpokoju.
—
W parku było już prawie ciemno. Znowu padało. Ławka była pusta. Kasia postawiła miskę na ziemi i usiadła obok.
— Mały… gdzie jesteś? — powiedziała cicho.
Nic. Tylko szum deszczu.
Sięgnęła do kieszeni po papierosa. Rzuciła pół roku temu, ale dziś kupiła paczkę przy kiosku. Zapaliła i zaciągnęła się dymem.
— Wiesz, — zaczęła mówić, nie do końca wiadomo do kogo — ja go tak naprawdę nie kochałam. Rozumiesz? Nie jego. Kochałam to, kim byłam przy nim. Miałam scenariusz w głowie. Ślub, dziecko, wakacje na Krecie. A teraz nie ma scenariusza. Nie ma nic.
Znowu cisza. Tylko mokre liście pod butami.
— A ty? — kontynuowała, patrząc przed siebie. — Tobie też ktoś zrobił taki numer, co? Wysadzili cię z auta pod Castoramą i pojechali dalej? A może jeszcze gorzej… czekałeś dzień, dwa, tydzień, a oni nie wrócili. I nawet nie wiesz dlaczego.
Po jej policzku spłynęła pierwsza łza. Nawet nie próbowała jej wytrzeć.
—
Czarny kundel leżał dwa metry od niej, pod starym kasztanem. Obserwował.
Od kilkunastu dni żył na ulicy. Wcześniej miał dom. Miał kanapę i miskę z wodą w kuchni. Miał chłopaka, który nazywał go Nero i drapał za uchem. A potem chłopak spakował plecak, załadował rzeczy do samochodu i odjechał. Pies został na podwórku przed blokiem.
Czekał dobę. Potem drugą. W końcu zrozumiał, że nikt nie wróci.
Zaczął krążyć po okolicy. Nie podchodził do ludzi za blisko. Już wiedział, że wyciągnięta ręka nie zawsze oznacza dobro. Niektórzy rzucali kamieniami, inni krzyczeli, jeszcze inni udawali, że go nie widzą. Ale najgorsze było, kiedy dzieciak głaskał go po łbie, a potem odchodził z rodzicami do samochodu, a on zostawał sam na chodniku.
Tę kobietę na ławce już kojarzył. Widział ją wcześniej, tydzień temu, jak szła alejką z jakimś mężczyzną, roześmiana, z reklamówką z biedronki. Mężczyzna ją przytulał. Dziś ten sam mężczyzna ją zostawił.
I teraz od niej biła ta sama fala, którą pies znał z własnych wnętrzności. Nie złość. Nie histeria. Tylko ta głucha, pusta rozpacz, z którą się chodzi bez celu po betonie, nie wiedząc, co zrobić z łapami.
Kundel wstał. Zrobił jeden krok w jej stronę. Potem drugi.
—
Kasia poczuła ruch kątem oka.
Odwróciła głowę ostrożnie, żeby go nie spłoszyć. Pies stał pół metra od niej. Przekrzywił łeb. Patrzył. Na nią. Na miskę. Znowu na nią.
— No, cześć — szepnęła. — Jesteś.
Nie ruszała się. Pies musiał podjąć decyzję sam.
A on podszedł. Ostrożnie, powoli, jakby każdy krok był negocjacją. Zajrzał jej w oczy. Raz. Drugi. Potem opuścił łeb i zjadł kawałek kurczaka z miski.
Kasia nie wytrzymała. Wyciągnęła dłoń i dotknęła jego mokrego łba.
Pies nie odskoczył.
Wtedy zaczęła płakać na dobre. Siedziała na mokrej ławce w pustym parku, głaskała bezdomnego psa i szlochała tak, jak nie płakała od lat. A on stał obok, oparty bokiem o jej kolano, i nawet nie drgnął. Nie uciekł. Nie przestraszył się. Po prostu był.
—
Do domu wracali we dwoje.
Pies szedł obok niej bez smyczy, równym tempem, jakby to robił od zawsze. Na klatce schodowej poczekał, aż otworzy drzwi. W mieszkaniu obwąchał dokładnie kąt pod kaloryferem, znalazł adidasy Olka, prychnął i poszedł do kuchni.
Kasia wyjęła z szafki stary koc, rzuciła go pod ścianą w dużym pokoju. Pies wskoczył na niego, zwinął się w kłębek i zamknął oczy.
Ona usiadła na podłodze obok.
Przez chwilę patrzyła na jego mokrą, kudłatą sierść. Potem wzięła telefon. Wybrała numer i usunęła Olka z kontaktów. Na zawsze.
W ciszy mieszkania słychać było tylko oddech psa i kapanie deszczu za oknem.
No i jeszcze ciche mruczenie ekspresu do kawy, który Kasia włączyła, zanim usiadła na podłodze.
— Zostajesz, Nero — powiedziała.
Pies otworzył jedno oko, strzelił dwa razy ogonem w koc i westchnął. Jakby cały czas na to czekał.
A potem nagle nastawił uszy. Warknął cicho, patrząc na drzwi wejściowe. Tam, za progiem, rozległy się kroki i brzęk kluczy — ktoś nie mógł trafić do zamka. Olek. Zapomniał zabrać swoje rzeczy. A może po prostu wrócił, bo uznał, że awantura w parku to był błąd.
Kasia spojrzała na psa. Pies spojrzał na nią.
— Nie tym razem — szepnęła do niego.
Wstała, podeszła do drzwi i przekręciła zamek od wewnątrz na zasuwę. Tę, której Olek nigdy nie dorobił, bo „po co, na parterze spokojna okolica”.
Kroki jeszcze chwilę przewiercały się pod drzwiami, a potem ucichły. Ktoś zjechał windą na dół.
Kasia wróciła na podłogę, pod koc, gdzie Nero już na nią czekał. Oparła głowę o jego ciepły bok i przymknęła oczy. Za oknem przestało padać.
A rano, gdy się obudziła, pies leżał dokładnie w tym samym miejscu. I patrzył na nią. Zupełnie jak wczoraj w parku. Tylko tym razem w jego oczach nie było pustki. Machnął ogonem, raz i drugi, po czym wstał, przeciągnął się i pobiegł do przedpokoju, położył pysk na parapecie i zamerdał radośnie — po drugiej stronie ulicy, pod piekarnią, ktoś wyprowadzał na spacer małego białego szpica. Nero prawie tańczył na tylnych łapach.
— Spokojnie, Romeo — mruknęła Kasia. — Wszystko po kolei.







