Recepcjonistka nie kłamała, tylko powtarzała to, co widziała w ekranie: „córka odebrała wczoraj, mówiła, że pani prosiła". Bożena Nowicka stała przy okienku poznańskiej przychodni na Winogradach i czuła, jak plastikowa torebka z lekami na ciśnienie robi się ciężka w dłoni. Miała sześćdziesiąt cztery lata, trzydzieści dwa lata stażu jako kierowniczka działu kadr w fabryce mebli pod Poznaniem i zasadę, której trzymała się od zawsze: sprawy urzędowe załatwia się w piątki, bo piątek to dzień wolny od księgowania, dzień na siebie. Tym razem piątek jej nie należał.
— Jaki dowód, jakie upoważnienie — powtórzyła, a głos jej się łamał tak, że starszy mężczyzna z laską, czekający obok na wywołanie numerka, odsunął się o krok, jakby to było zaraźliwe.
Kobieta za szybą wzruszyła ramionami i wróciła do klawiatury. Procedura była zgodna. Tyle że dowodu osobistego Bożena nie zgubiła — leżał w domu, w szufladzie komody, w przegródce obok karty NFZ, tam gdzie zawsze. Wiedziała to, bo sprawdzała szufladę tego ranka, zanim wyszła. Ktoś go wziął, oddał i odłożył na miejsce. A klucze do jej kawalerki na Winogradach, oprócz niej, miała tylko jedna osoba.
Zosia. Jej jedyna córka, trzydzieści siedem lat, kierowniczka apteki przy rondzie Rataje, rozwiedzionka od czterech lat, sama z jedenastoletnim Antkiem. Mieszkała dwadzieścia minut autobusem, przyjeżdżała w niedziele i czasem we wtorki po zamknięciu apteki, zawsze z siatką z Lidla — serek wiejski, który Bożena lubiła, i chałwę, której nie znosiła, ale jadła, bo Zosia kupowała.
Odkąd Ryszard, mąż Bożeny, zmarł sześć lat temu na zawał w kolejce po bilety na pociąg do Zakopanego, coś między nimi się przesunęło. Ryszard był takim tłumikiem — przy nim Zosia nie odważyła się mówić tych swoich uwag o tym, że matka „powinna się bardziej ruszać", że „siedzi jak roślina", że „trzeba coś ze sobą zrobić". Bez niego uwagi popłynęły swobodnie, jakby ktoś odkręcił kran.
Guzek Bożena wyczuła trzy miesiące temu, pod prysznicem, w łazience pachnącej mydłem szarym, które kupowała od lat, bo tanie i skuteczne. USG, potem mammografia, potem lekarz z twarzą bez wyrazu, który powiedział słowo „biopsja" tak spokojnie, jakby mówił o pogodzie. I wtedy Bożena, z przyzwyczajenia bardziej niż z potrzeby, zadzwoniła do Zosi. Bo kiedyś takie rzeczy mówiło się Ryszardowi, a teraz Ryszarda nie było.
— Mamo, ja to ogarnę, zapiszę cię do znajomej lekarki, nie martw się — powiedziała Zosia, i w tym „ogarnę" było tyle pewności siebie, że Bożena poczuła się jak dokument do podpisania, a nie jak człowiek, który się boi.
Próbowała tłumaczyć, że chce sama. W swoim tempie, ze swoim strachem, przy swojej herbacie z melisy, którą pije wieczorami od śmierci Ryszarda. Zosia kiwała głową tym ruchem, który znaczył: tak, mamo, ale ja i tak zrobię po swojemu.
Wyniki miały być gotowe w czwartek albo piątek — tak powiedziano w rejestracji. Bożena skłamała córce, że może dopiero za tydzień. Chciała otworzyć kopertę sama, w kuchni, przy oknie wychodzącym na parking i klomb z aksamitkami, które sąsiadka z dołu sadziła co roku, choć nikt jej o to nie prosił. Chciała przeczytać, zrozumieć, oswoić, zanim komukolwiek powie.
Zosia musiała wziąć dowód w sobotę, kiedy Bożena stała pod prysznicem, a córka robiła w kuchni kawę w tej srebrnej kawiarce, którą kiedyś podarował jej ojciec. Wypisała upoważnienie. Pojechała.
Bożena wróciła z przychodni bez koperty. Usiadła przy stole kuchennym, obok kubka z zimną już kawą sprzed trzech godzin, i wybrała numer córki. Zosia odebrała po pierwszym sygnale, jakby siedziała z telefonem w ręku i czekała na ten telefon od rana.
— Mamo, dobrze, że dzwonisz, właśnie miałam do ciebie jechać — powiedziała szybko, zanim Bożena zdążyła cokolwiek powiedzieć.
— Gdzie są moje wyniki, Zosiu?
Cisza po drugiej stronie trwała chwilę za długo.
— U mnie. Chciałam ci to powiedzieć osobiście, nie przez telefon.
— To jest moja biopsja. Mój dowód. Moje mieszkanie, do którego weszłaś, kiedy się myłam.
— Bo bym się bała, że ty sama sobie z tym nie poradzisz! Że przeczytasz i się załamiesz, i będziesz siedziała sama w tej kuchni, i nikt nie…
— Nikt nie co? Nikt nie zapyta, czy chcę pomocy, zanim mi ją narzuci?
Rozmowa urwała się na kilka sekund oddechu. Bożena patrzyła na kalendarz na ścianie, w którym czerwonym długopisem zakreśliła ten piątek jeszcze dwa tygodnie temu, i pomyślała, że nawet ten kalendarz jej odebrano — bo dzień, który miał być jej, stał się dniem, w którym musiała się dowiadywać, co jej córka wie o jej ciele, zanim ona sama.
Zosia przyjechała po czterdziestu minutach, z kopertą w torebce z apteki, jeszcze niedotkniętą — tak przynajmniej twierdziła. Usiadły naprzeciw siebie przy tym samym stole, na którym kiedyś Ryszard sprawdzał zeszyty córki z angielskiego. Koperta leżała między nimi jak coś, co trzeba rozbroić.
— Otworzę ją sama — powiedziała Bożena. — Nie dlatego, że cię nienawidzę. Dlatego, że to jest moje ciało i moja choroba, jeśli to jest choroba. A ty przez ostatnie sześć lat robisz ze mnie kogoś, kto nie potrafi o sobie zdecydować.
Zosia miała łzy, ale nie powiedziała nic, kiedy matka rozerwała kopertę. Wynik był łagodny — zmiana włókniako-gruczolakowata, bez cech złośliwości, kontrola za sześć miesięcy. Bożena czytała to dwa razy, powoli, żeby dotarło, zanim powiedziała cokolwiek na głos.
Tego samego popołudnia, zanim Zosia zdążyła znowu zaproponować, że „to ogarnie", Bożena wyjęła z szuflady komody teczkę z dokumentami — tę samą, w której trzymała umowę najmu garażu, polisę na mieszkanie i pełnomocnictwo do konta w PKO BP, wystawione jeszcze za życia Ryszarda na wypadek, gdyby coś się jej stało. Pełnomocnictwo obejmowało też dostęp do jej dokumentacji medycznej — Zosia miała je od trzech lat, na wszelki wypadek.
— Jadę jutro do notariusza przy placu Wolności, odwołać to pełnomocnictwo — powiedziała, kładąc teczkę na stole między nimi. — Nie dlatego, że coś się stało. Dlatego, że nic się nie stało bez mojej zgody, a tak dalej być nie może.
— Mamo, to była pomoc.
— To była decyzja podjęta za mnie. To różnica, której nie chcesz widzieć.
W poniedziałek Bożena rzeczywiście pojechała do kancelarii notarialnej, z dowodem osobistym — swoim, odzyskanym z szuflady, gdzie od tego dnia dorobiła sobie drugi zamek, mały, na klucz, który nosiła tylko ona. Odwołała pełnomocnictwo. Notariusz, kobieta w wieku Zosi, spytała rutynowo, czy to z powodu konfliktu rodzinnego. Bożena powiedziała, że nie, że to z powodu granicy, którą wreszcie zaznaczyła.
Zosia zadzwoniła wieczorem tego dnia. Nie z pretensją — z pytaniem, czy matka przyjedzie w niedzielę na obiad, tak jak zawsze. Bożena powiedziała, że tak, przyjedzie, ale sama zaparzy tę herbatę z melisy i przywiezie ją w termosie, bo w mieszkaniu córki nikt jej nie trzyma.







