Noc w „Kasztanie”, gdy Bogdan oddał kurtkę

Było to we Wrocławiu, na początku lat dziewięćdziesiątych, w piwnicznym barze „Kasztan" przy placu Teatralnym — miejsce ciasne, przesiąknięte dymem papierosowym, ze sceną wielkości półtora metra i wiecznie wilgotnym sufitem od pary z kuchni. Tamtego wieczoru poznali się Bogdan Sierocki i Jurek Matyjasik — dwaj chłopcy, którzy mieli wtedy dwadzieścia trzy i dwadzieścia sześć lat, i żaden z nich nie wiedział jeszcze, że po latach gazety będą pisać o nich jako o najlepszych przyjaciołach polskiego kina.

Jurek dopiero co trafił do teatru zakładowego przy fabryce „Elwro" — śpiewał w chórze w jakimś przedstawieniu, a za posturę przezywano go tam Siłaczem z Psiego Pola: rzeczywiście ćwiczył, wcześniej pracował jako mleczarz z wózkiem, ratownik nad Zalewem Mietkowskim, pozował nawet studentom z Akademii Sztuk Pięknych i szlifował płyty nagrobne na cmentarzu — brał każdą robotę, byle przeżyć. Bogdan w tym czasie uganiał się za epizodami, grywał po trzy kwestie w statystowaniu i jadał głównie chleb z cebulą, czekając na swoją szansę.

Poznali się na urodzinach wspólnego znajomego i już po godzinie śmiali się tak, jakby znali się od dziecka.

Tamtego wieczoru w „Kasztanie" na scenie śpiewały dziewczyny — jakiś duet, przy akompaniamencie akordeonu, coś z repertuaru ludowego. Za stolikiem z tyłu siedziała czwórka mężczyzn — już nieźle wstawionych, już głośno komentujących, w co dziewczyny powinny się ubierać, a w co nie. Jedna z nich, ta młodsza, zgubiła rytm i zamilkła na sekundę.

Jurek zauważył to pierwszy. Trącił Bogdana łokciem.

— Widzisz?

— Widzę.

Nic więcej nie powiedzieli. Bogdan zdjął swoją kurtkę — zwykłą, z rudawej skóry ekologicznej, kupioną jeszcze na targu na Hali Stulecia — i po prostu położył ją Jurkowi na kolana. Jurek powiedział później:

— Wiedziałem, co zaraz będzie.

Bogdan podszedł do stolika. Czterech mężczyzn. Nie zagrał jeszcze żadnego agenta, żadnego szpiega, niczego — po prostu chłopak ze Śląska z rękami mleczarza i pustą kieszenią. Ale w jego postawie było już to samo, co później zobaczą miliony: kompletny brak lęku.

Krótka wymiana zdań — ktoś coś mruknął w odpowiedzi, ktoś się roześmiał — i po kilku sekundach było po wszystkim. Jurek opowiadał tę historię przez lata, zawsze z tym samym uśmiechem:

— Bogdan wstał i rozłożył wszystkich czterech. A ja trzymałem jego kurtkę.

Sam do bójki się nie mieszał — nie dlatego, że się bał, tylko dlatego, że zrozumiał: tutaj Bogdan nie potrzebuje pomocy. Poruszyła go nie siła tego chłopaka. Poruszyło to, że strachu nie było tam w ogóle — ani przez sekundę, ani w oczach, ani w oddechu.

Minęło od tamtej pory niemal trzydzieści lat. Jurek stał się znany w całym kraju, a potem i szerzej, po roli w „Białej gwardii" oraz w sadze filmowej o powstańcach z Podhala — krytycy pisali, że takiego typu w polskim kinie jeszcze nie było: prosty, ziemski, lecz z wewnętrzną pewnością człowieka, który niczego się nie boi. Bogdan zasłynął później, w dwutysięcznych — „Żelazna droga" i dramat „Wilcza jama" przyniosły mu nagrodę państwową.

Sława nigdy nie zatarła więzi, która zawiązała się, gdy obaj byli jeszcze nikomu nieznanymi chłopakami bez grosza na bilet do kina. W dziewięćdziesiątym ósmym wreszcie zebrano ich w jednym filmie — dramacie historycznym o dwóch byłych żołnierzach AK, których połączyły i ambicja, i awantura, i lojalność, której nic nie mogło zachwiać. Chemia na ekranie nikogo nie zaskoczyła: przyjaźnili się już dwadzieścia lat, a reżyser doskonale to widział i po prostu dał jej miejsce w kadrze.

Bogdan i Jurek cenili się nawzajem do końca — i żadnych podkoloryzowanych historii nie było do tego potrzeba. Wystarczy przypomnieć dwóch młodych aktorów w piwnicznym barze przy placu Teatralnym: jeden idzie przeciwko czterem, drugi wiernie trzyma jego kurtkę.

Jurek zmarł w dwa tysiące dwunastym, we Wrocławiu, w tym samym mieszkaniu przy ulicy Krasińskiego, w którym mieszkał od młodości. Bogdan przyjechał na pogrzeb z Warszawy. Stał przy trumnie długo, bez ruchu, a potem powiedział do wnuka Jurka, chłopaka koło dwudziestki:

— U niego w domu, w szafie, powinna być kurtka. Rudawa, stara. Znajdź ją.

Wnuk znalazł — w szafie, pod stosem zimowych rzeczy, rzeczywiście wisiała ta sama kurtka, wytarta, z oderwanym guzikiem, której Jurek tak i nie wyrzucił przez ponad trzydzieści lat. Bogdan wziął ją w dłonie, odszukał podpis w środku — ktoś kiedyś napisał długopisem „B.S. 1991" na podszewce, pewnie sam Bogdan, żeby nie zgubić rzeczy w garderobie teatru.

Nie powiedział ani słowa o wielkości przyjaźni, nie wzniósł toastu. Po prostu złożył kurtkę, włożył ją do trumny, obok Jurka, i krótko skinął grabarzowi — że już, można zamykać.

Rate article
MagistrUm
Noc w „Kasztanie”, gdy Bogdan oddał kurtkę