Moje życie toczy się teraz w cieniu rodziny, którą zbudował mój syn, a w której nie ma już dla mnie miejsca. Nazywam się Stanisław. Mam siedemdziesiąt dwa lata. Mieszkam sam w starym domu na obrzeżach małej wsi, gdzie niegdyś tętniło życie. Tu, na tym podwórku, mój syn biegał boso po trawie, wołał mnie, byśmy razem budowali szałasy ze starych koców, piekli ziemniaki w żarze ogniska i snuli plany na przyszłość. Wtedy myślałem, że to szczęście będzie trwać wiecznie. Że jestem potrzebny, ważny. Ale życie płynie swoim rytmem, a dziś dom jest cichy. Pył na czajniku, skrzypienie podłogi i tylko szczekanie psa sąsiada za oknem przypomina, że czasem coś jeszcze się dzieje.
Mój syn ma na imię Jakub. Jego matka, moja świętej pamięci żona Katarzyna, odeszła od nas prawie dziesięć lat temu. Po jej śmierci on został jedyną bliską mi osobą. Ostatnim łącznikiem z przeszłością, w której było jeszcze ciepło i sens.
Wychowaliśmy go z miłością i troską, ale i z dyscypliną. Ciężko pracowałem, moje ręce nigdy nie znały odpoczynku. Katarzyna była sercem naszego domu, ja jego rękami. Nie zawsze byłem obecny, ale gdy było trzeba, stawałem na wysokości zadania. Podwładny w pracy, lecz ojciec w domu. Nauczyłem go jeździć na rowerze, naprawiałem jego pierwszą Maluchę, którą wyjechał na studia do Krakowa. Byłem z niego dumny. Zawsze.
Kiedy Jakub się ożenił, moja radość była ogromna. Jego wybranka, Kinga, wydała mi się nieco powściągliwa, skryta. Zamieszkali na drugim końcu miasta. Mówiłem sobie: niech żyją swoim życiem, niech budują swój świat. A ja będę tam, by pomagać, wspierać. Myślałem, że będą mnie odwiedzać, że będę mógł niańczyć wnuki, czytać im bajki na dobranoc. Ale nic nie potoczyło się tak, jak sądziłem.
Najpierw były krótkie telefony. Potem tylko smsy z okazji świąt. Przychodziłem kilka razy sam z jabłecznikiem, cukierkami. Raz otworzono mi drzwi, lecz powiedziano, że Kinga ma migrenę. Innym razem dziecko spało. A za trzecim nawet nie otworzono. Więc przestałem przychodzić.
Nie robiłem scen. Nie narzekałem. Tylko siedziałem i czekałem. Mówilem sobie: mają swoje zmartwienia, pracę, dzieci może z czasem się ułoży. Ale czas mijał, a ja zrozumiałem: nie ma dla mnie miejsca w ich życiu. Nawet w rocznicę śmierci Katarzyny nie przyjechali. Tylko telefon i tyle.
Ostatnio spotkałem Jakuba przypadkiem na ulicy. Trzymał syna za rękę, niósł torby. Zawołałem go serce ścisnęło mi się z radości. Odwrócił się, spojrzał jak na obcego. Tato, wszystko w porządku? zapytał. Skinąłem głową. On też. Powiedział, że się spieszy. I odszedł. Tyle było z naszego spotkania.
Szedłem długo do domu. W drodze zastanawiałem się: gdzie popełniłem błąd? Dlaczego mój własny syn stał się dla mnie kimś obcym? Może byłem zbyt surowy? A może przeciwnie zbyt pobłażliwy? Albo po prostu stałem się ciężarem z moimi wspomnieniami, starością, milczeniem
Teraz jestem swoją własną rodziną, swoim własnym oparciem. Parzę herbatę, odczytuję listy Katarzyny, czasem siadam na ławce i patrzę, jak bawią się cudze dzieci. Sąsiadka, Anna, czasem pomacha mi ręką. Odpowiadam skinieniem głowy. Tak właśnie żyję.
Wciąż kocham mojego syna. Najbardziej na świecie. Ale już niczego nie oczekuję. Może taki jest los rodziców pozwolić odejść. Ale nikt nie przygotowuje nas na dzień, gdy stajemy się zbędni w życiu tych, dla których żyliśmy.
I może to właśnie jest prawdziwa dojrzałość. Tyle że nie dziecka. Lecz rodzica.







