Dziadek nigdy nie mówił o tym wprost. Zawsze zaczynał tak samo: "W sadzie po zachodzie słońca gospodarzem nie jesteś ty". Miałem osiem, dziewięć lat, siedziałem na taborecie przy piecu kaflowym i śmiałem się, bo pachniało kapustą z sąsiedniego mieszkania i telewizor w kuchni pokazywał wieczorne wiadomości, a on, stary człowiek w wełnianej kamizelce, prawił mi bajki o karłach spod jabłoni. Tak to wtedy zapisałem w głowie — bajki.
Miałem czternaście lat, kiedy w sierpniu nawałnica urwała prąd w całej wsi pod Kazimierzą Wielką, gdzie dziadek miał gospodarstwo po pradziadku. Świece się skończyły, więc siedzieliśmy na ganku przy jednej lampie naftowej, która kopciła i śmierdziała jak stara pralnia. Dziadek trzymał w dłoni różaniec z drewna, a obok, na desce ganku, stała plastikowa butelka po wodzie mineralnej — powiedział, że nabrał w niej wody święconej w kościele w Skalbmierzu, jeszcze na Trzech Króli. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby tak zaciskał szczękę.
Zapytałem, na co czeka.
Nie odrywając wzroku od sadu, powiedział cicho:
— Nie gadaj głośno. Już wiedzą, że nie śpimy.
Zaśmiałem się. I wtedy je zobaczyłem.
Najpierw dwie pary żółtych ślepi, między jabłoniami, tam gdzie stara skrzynka na jabłka gniła od trzech lat. Potem cztery. Potem dziesięć. W kilka sekund cały sad migotał od małych światełek zawieszonych nisko nad ziemią, nieruchomych, jakby ktoś porozwieszał żarówki choinkowe i zapomniał je zapalić na stałe. Nie poruszały się jak zwierzęta. Stały. Patrzyły.
— To lisy — powiedziałem, bo wiedziałem, że pod lasem czasem podchodziły.
Dziadek pokręcił głową, powoli, jakby to ruszanie sprawiało mu ból.
— Lis się nie uśmiecha.
I wtedy usłyszałem chichot.
Dziecięcy, cienki, ale z jakąś nutą, która nie pasowała do dziecka. Nie dochodził z jednego miejsca. Słyszałem go za domem, potem nad dachem, potem spod desek ganku, na których siedzieliśmy, a chwilę później znowu z sadu. Jakby coś krążyło wokół nas kołem, którego nie widać.
Żarówka na ganku — jedyna, jaka jeszcze się paliła, bo miała baterię zapasową — zaczęła migać. I za każdym razem, gdy gasła, te światełka w sadzie były bliżej o parę metrów. Kiedy wracał prąd, stały już inaczej. Bliżej płotu.
Dziadek zaczął mruczeć pod nosem "Ojcze nasz", ściskając różaniec tak mocno, że paciorki wpiły mu się w skórę między palcami. Ja wciąż nie wierzyłem własnym oczom. Aż jedno z nich wyszło zza starej brony, zardzewiałej, stojącej pod płotem od czasów, kiedy jeszcze uprawiano to pole końmi.
Miało może pół metra wzrostu. Zgarbione, z rękami sięgającymi za kolana, z pomarszczoną twarzą jak u starca, ale z uśmiechem, którego żaden starzec mieć nie może — pełnym drobnych, czarnych zębów. Za nim wyszło drugie. Trzecie. Kolejne. Stanęły w sadzie w nierównym rzędzie. Nieruchome. Patrzące na nas.
Jedno zagwizdało — krótko, przez zęby. Reszta odpowiedziała jednym głosem, jakby ktoś nacisnął przycisk.
Dziadek złapał mnie za ramię, mocno, aż zabolało.
— Nie licz ich.
— Dlaczego?
— Bo ostatni zawsze stoi za tobą.
Poczułem, jak włosy na karku stają mi dęba. I mimo tego, co powiedział — może właśnie przez to — zacząłem liczyć w głowie. Dwanaście. Piętnaście. Dwadzieścia. Dwadzieścia siedem. Trzydzieści.
Kiedy doliczyłem do ostatniego, sad opustoszał w jednej chwili. Ani jednego światełka. Ani śladu ruchu między drzewami — tylko wiatr poruszający gałęziami jabłoni i gdzieś w oddali szczekający pies sąsiada, Rex, który przez całą tę scenę leżał cicho w budzie, co samo w sobie było dziwne, bo Rex szczekał zawsze na wszystko.
Odetchnąłem z ulgą.
I usłyszałem drżący głos dziadka:
— Mówiłem ci, żebyś tego nie robił.
Nie zrozumiałem. Dopóki nie poczułem małej dłoni, która powoli zacisnęła się na moim ramieniu — od strony ciemności za plecami, tam gdzie nikogo nie powinno być.
Od tamtej nocy minęło trzydzieści cztery lata. Dziadek zmarł niecały rok później, w lutym, na zapalenie płuc, w szpitalu w Busku-Zdroju. Zanim odszedł, powtórzył mi tylko jedno zdanie, ledwo słyszalne, z twarzą już szarą na poduszce: "Nigdy nie licz tego, co samo się nie policzy". Nie zapytałem, co miał na myśli. Bałem się odpowiedzi.
Gospodarstwo sprzedałem dwa lata temu — nie mogłem już go utrzymywać, a dzieci nie chciały tam mieszkać. Ale zanim podpisałem akt u notariusza w Kazimierzy Wielkiej, pojechałem tam ostatni raz, sam, wieczorem, chociaż wiedziałem, że nie powinienem. Stanąłem przy starej bronie, już zupełnie zapadniętej w ziemię, otoczonej pokrzywami. Sad milczał. Nic tam nie było — albo nic nie chciało się pokazać.
Kupili gospodarstwo młodzi ludzie z Krakowa, chcieli zrobić agroturystykę. Nie powiedziałem im o niczym. Nie wiem, czy powinienem był.
Do dziś, kiedy wracam wieczorem przez pole — czy to za miastem, czy nawet ścieżką przez park, gdy zapada zmrok — czuję za sobą drobne kroki, jakby ktoś stąpał tuż za mną, dopasowując rytm do mojego. Nigdy się nie odwracam. Ale zawsze, prędzej czy później, słyszę ten sam cichy, dziecięcy chichot tuż przy uchu:
— Teraz już wiesz, ile nas jest… ale nigdy nie dowiesz się, który z nas idzie z tobą.







