Nazywam się Dawid Woźniak, mam dwadzieścia trzy lata i do niedawna znałem swojego ojca głównie z opowieści sąsiadów. Mieszkamy w Brzegu, małym mieście nad Odrą, w którym wszyscy wiedzą, kto komu pożyczył kosiarkę i kto nie oddał. Mój ojciec, Marek, od lat prowadził warsztat samochodowy przy ulicy Piastowskiej. I od lat też znikał z domu bez wyjaśnień, mówiąc mamie, że „jedzie po części do Opola".
Prawda okazała się inna. Jeździł na rzekę.
Nie na całą Odrę, oczywiście — na jeden konkretny odcinek, przy starym młynie, tam gdzie brzeg zarósł sitowiem i gdzie przez lata ludzie wyrzucali wszystko: stare lodówki, worki po cemencie, reklamówki z resztkami jedzenia, które potem unosiły się na wodzie jak brudne kwiaty. Tata od dziecka pamiętał, że kiedyś moczył tam nogi po szkole. Teraz, jak mówił, „woda tam śmierdziała gorzej niż olej silnikowy po tysiącu kilometrów".
Pierwszy raz wszedł w tę wodę w Trzech Króli, szóstego stycznia. Nie planował niczego wielkiego. Po prostu stał na moście, patrzył na te śmieci i pomyślał — ktoś to powinien zrobić. A potem, jak sam mi później tłumaczył przy piwie w kuchni, przyszła ta druga myśl: a czemu nie ja.
Nie powiedział mi wtedy nic. Nie powiedział mamie. Zabrał gumowe rękawice z warsztatu, worki na śmieci kupione za swoje, stary grabi i poszedł. Wrócił po trzech godzinach cały w błocie, powiedział, że „naprawiał coś kumplowi w garażu".
Przez pierwsze dwa tygodnie chodził z nim Tomek, jego pracownik z warsztatu. Ale zbieranie śmieci z rzeki to nie jest coś, co się robi raz i ma się satysfakcję na Facebooku. To jest smród stojącej wody, zardzewiałe krawędzie blachy, które rozcinają skórę przez rękawice, i te dni, kiedy po dziesięciu workach wyciągniętego plastiku woda wciąż wygląda tak samo brudna. Tomek po miesiącu przestał przychodzić. Powiedział, że ma dość, że to niekończąca się praca, że w tej wodzie i tak nic się nie zmieni.
Mój ojciec nie przestał.
Kupił sobie wysokie buty gumowe za trzysta dwadzieścia złotych — pamiętam, bo mama zobaczyła ten rachunek, złapała go za nadgarstek i przyłożyła paragon do światła nad kuchennym stołem, jakby chciała sprawdzić, czy cyfry same się nie zmienią. Myślała, że przehulał pieniądze na jakieś głupoty. Postawił dwa kontenery na śmieci przy ścieżce koło młyna, z własnej kieszeni, za jakieś sto pięćdziesiąt złotych od sztuki. Łącznie w pierwszych czterech miesiącach wydał z warsztatowej kasy — tej, z której normalnie kupował części — ponad cztery tysiące złotych na worki, rękawice, dezynfekcję i transport śmieci do punktu zbiórki w Skarbimierzu.
A potem zaczęły się problemy ze skórą. Najpierw na stopach, później na przedramionach — czerwone, łuszczące się plamy, które nie chciały zejść nawet po maściach z apteki. Mama, kiedy to zobaczyła, postawiła przed nim na stole pudełko z maścią, które kupiła tego dnia w aptece, i powiedziała, że ma dzieci — no, mnie i siostrę, choć ja już dawno nie jestem dzieckiem — i że to nie jego obowiązek ratować rzekę, od tego jest gmina.
Pamiętam tę kolację. Siedziałem i patrzyłem, jak ojciec kroi chleb, i mówi: „Jak ja nie wejdę, to kto wejdzie. Zresztą już widać różnicę".
I faktycznie było widać. Zacząłem sam jeździć z nim raz w tygodniu, głównie żeby sprawdzić, czy mu te rany się nie zakażą. Tam, gdzie wcześniej leżały góry foliówek, teraz pływały kaczki. Pamiętam zapach mokrego sitowia po deszczu i to, że pierwszego dnia, kiedy przyjechałem, pod mostem ktoś zostawił rower bez kół — ojciec wyciągnął go, oczyścił z rdzy w warsztacie i oddał synowi sąsiada, który akurat szukał czegoś do szkoły.
Zaczął robić zdjęcia „przed" i „po" na telefon i wkładać je na lokalną grupę na Facebooku, „Brzeg i okolice". Jedni pisali, że brawo, że nareszcie coś się robi. Inni, że robi to dla lajków, że pewnie ktoś mu za to płaci z urzędu miasta. Ktoś napisał, że te zdjęcia są przerobione w jakimś programie, bo różnica jest za duża, żeby była prawdziwa.
Ojciec na to tylko odpisywał: „Zrobiłem to własnymi rękami. Mogę pokazać metr po metrze".
W drugim tygodniu lipca przed warsztatem zaparkował biały bus z napisem „TV Brzeg" na drzwiach. Padało od rana, chłodno jak na lipiec, a dziewczyna z mikrofonem w fioletowej osłonie przed deszczem stała przy kontenerach i pytała ojca, żeby „pokazał coś do kamery". Ojciec, w kaloszach jeszcze oblepionych mułem, wyciągnął z worka zardzewiały grzejnik elektryczny i podał go kamerzyście, mówiąc: „To leżało tu, odkąd pamiętam. Niech pan to pokaże ludziom, niech zobaczą, co się chowa pod wodą". Operator się skrzywił — grzejnik cuchnął — i cofnął się o krok, nie odkładając kamery. Materiał poszedł w lokalnych wiadomościach tego wieczoru, trzydzieści dwie sekundy między pogodą a wynikami meczu, a tata obejrzał go u nas w kuchni, stojąc, bo nie zdążył się przebrać z warsztatowego kombinezonu.
Potem napisał o nim portal z Opola. A kiedy zdjęcia obiegły szersze grono, zaczęli się odzywać ludzie, których się nie oczekiwało — właściciel sieci warsztatów samochodowych z Wrocławia, który zadzwonił i zaproponował sponsorowanie sprzętu do czyszczenia, i jeden samorządowiec z sejmiku wojewódzkiego, który napisał, że to jest dokładnie to, czego potrzeba, żeby ludzie przestali czekać na „kogoś innego".
Dwudziestego piątego sierpnia do Brzegu przyjechał wiceprezydent miasta razem z kierownikiem wydziału ochrony środowiska. Podziękowali ojcu publicznie, na rynku, i obiecali, że gmina sfinansuje wywóz śmieci wielkogabarytowych z tamtego odcinka rzeki i postawi tam porządne oznaczenia zakazu wyrzucania odpadów. Przyjechała nawet koparka — pierwsza w historii tego miejsca.
Mnie najbardziej wstrząsnęła nie ta koparka ani nie te zdjęcia w gazecie. Wstrząsnęło mnie, kiedy mama pod koniec sierpnia zapytała go prosto: „Marek, dlaczego ty to robisz, kiedy inni się śmieją?". A on, wycierając ręce w szmatkę warsztatową, odpowiedział: „Bo nie rozumiem, jak można wyrzucić worek śmieci do wody, w której kąpałem się jako dziecko".
A ja, kiedy teraz jadę z nim w sobotę rano, z termosem kawy i workami na śmieci w bagażniku jego starego Volkswagena Transportera, już nie pytam, dokąd jedziemy. Po prostu wkładam rękawice.







