Szóstej jeszcze nie było, kiedy stanąłem pod bazą przy ulicy Miasteckiej, tuż koło obwodnicy. Stary iveco stał z uchylonymi drzwiami od burty, a kierowca opierał się o nią, paląc papierosa tak, jakby to była jedyna rzecz, na którą miał dziś siłę. Obok niego dwaj chłopcy, szarzy na twarzy, wyglądający, jakby nie spali od doby. Przedstawiłem się. Milczący z nich dwóch zmierzył mnie wzrokiem od butów po kurtkę i powiedział cicho, prawie pod nosem:
— No to zobaczymy, ile wytrzymasz.
Nie zapytałem, o co chodzi. Pomyślałem, że to taki żart wśród ekipy.
Nazywam się Dawid, mam trzydzieści dwa lata. Wcześniej pracowałem w magazynie meblowym w Częstochowie, więc dźwiganie nie było dla mnie nowością. Ogłoszenie na Zombie mówiło jasno: rozładunek cementu, dwanaście albo trzynaście punktów dziennie, dwieście dwadzieścia złotych za dniówkę, czasem dopłata pięćdziesiąt-sto za nadgodziny. Napisałem jako pierwszy, bo potrzebowałem gotówki na tydzień, szybko, bez umowy, bez czekania na przelew na ratę za pralkę.
Kierowca przedstawił się jako Robert. Powiedział, że firma dowozi cement na budowy indywidualne, remonty mieszkań, czasem na małe place budowy pod Krakowem. Wsiedliśmy do busa.
Pierwszy punkt to blok na Prądniku, czwarte piętro, bez windy. Worek cementu waży czterdzieści kilo. Robert stał przy aucie i podawał mi kolejne worki na ramię.
— Ile tu jest? — spytałem po trzecim zjeździe, kiedy koszula kleiła mi się do pleców.
— Dziesięć na tę klatkę. Norma dzienna dwieście, czasem dwieście pięćdziesiąt, jak klient dopłaci.
— A ile osób zwykle to robi?
— Różnie bywa — rzucił i odwrócił się w stronę busa, jakby temat był zamknięty.
Do wieczora zrobiliśmy jedenaście punktów zamiast dwunastu. Na ostatnim, przy Lipskiej, kobieta wychyliła się z okna czwartego piętra i krzyczała, że zamawiała na dziesiątą, a jest po osiemnastej, że cement już wiąże od deszczu, który szedł od rana.
— Panowie, to się nie nadaje do użytku!
Robert machnął ręką w moją stronę.
— Szybciej, musimy zdążyć na bazę, zanim zamkną bramę.
Wieczorem wręczył mi sto pięćdziesiąt złotych zamiast obiecanych dwustu dwudziestu.
— Nie dowieźliśmy planu — powiedział, nie patrząc mi w oczy.
Wtedy zrozumiałem zdanie tamtego chłopaka sprzed dwunastu godzin.
— Dźwigałem od szóstej do dwudziestej pierwszej. Gdzie reszta?
— Rozliczenie jest od punktu, nie od godziny. Jutro się odbije, klientów będzie więcej.
Wróciłem do wynajętego pokoju przy alei Pokoju, gdzie mieszkałem z Mateuszem, kolegą z dawnej pracy. Zdjąłem buty. Skóra na ramionach, tam gdzie worek ocierał przy przenoszeniu na barana, była otarta do krwi.
— Jak poszło? — spytał Mateusz.
— Ciężko. Ale da się wytrzymać, pieniądze są potrzebne.
Drugi dzień był gorszy — doszedł punkt na piątym piętrze starej kamienicy, gdzie klatka schodowa była tak wąska, że worka nie dało się nieść inaczej, jak tylko zgiętym w pół, plecami do ściany, po kilka centymetrów na stopień. W połowie schodów milczący chłopak z rana usiadł nagle na krawężniku pod klatką, oparł łokcie o kolana i patrzył w chodnik.
— Nie dam rady. Ręce mi odmawiają.
Robert nawet się nie zatrzymał.
— Dawid, Kamil, dokończcie jego punkty. Nie ma czasu na gadanie.
Wieczorem zapłacił sto osiemdziesiąt złotych, mimo że zrobiliśmy trzynaście adresów.
— Znowu nie dowieźliśmy planu.
— Kiedy dostanę pełną kwotę? Tak się umawialiśmy.
— Rozliczenie tygodniowe. Na koniec tygodnia wszystko się wyrówna. Tak pracuje cała ekipa, nikt jeszcze nie miał problemu.
Trzeciego dnia milczący chłopak w ogóle się nie zjawił. Zostałem z Kamilem, który pracował tu już od dwóch tygodni. Podczas przerwy na papierosa, kiedy Robert poszedł do klienta podpisać jakiś dokument, Kamil zaciągnął się dymem i powiedział bez ogródek:
— Nikt tu nie dostaje pełnej stawki. Robert bierze zlecenia od hurtowni po jednej cenie, a nam płaci inną, niższą. Różnicę zatrzymuje dla siebie i tłumaczy to karami za "niedowiezienie planu". Tylko że trasy są tak ułożone, że zawsze zabraknie jednego, dwóch punktów. Zawsze.
— To dlaczego to ciągniesz od dwóch tygodni?
— Bo nie mam nic innego. W warsztacie samochodowym szef oszukał mnie na wypłacie za trzy miesiące. Tu przynajmniej dostaję coś. Mniej, niż powinienem, ale coś.
Wieczorem trzeciego dnia pasek od torby z narzędziami przetarł mi ramię do krwi, kolana bolały od schodzenia po schodach z ciężarem. Robert wypłacił sto sześćdziesiąt złotych — jeden klient odmówił zapłaty, bo cement przyjechał zbryłowany po deszczu, w który staliśmy dzień wcześniej bez plandeki na busie.
Zadzwoniłem do Mateusza.
— Kończę z tą robotą. Wracam do magazynu meblowego. Płacili mniej na godzinę, ale zgodnie z umową.
— Zażądałeś od Roberta pisemnego rozliczenia?
— Nie było żadnych papierów. Wszystko na słowo, jak w tych ogłoszeniach na Zombie.
Ale przez trzy dni notowałem sobie w telefonie — z przyzwyczajenia jeszcze z magazynu — ile worków przeniosłem każdego dnia, o której godzinie, pod jakim adresem.
Czwartego dnia rano stanąłem przy busie, zanim Robert zdążył otworzyć burtę.
— Chcę rozliczenie za wszystkie trzy dni. Gotówką. Teraz. Dalej nie pracuję.
— Tak się nie da. Rozliczenie jest tygodniowe.
— W takim razie dzwonię po policję i zgłaszam nielegalne zatrudnienie bez umowy. Mam świadka — Kamila. I mam w telefonie zapisane godziny, adresy, liczbę worków, dzień po dniu.
Robert spoważniał. Spojrzał na Kamila, który stał obok, wbił wzrok w ziemię i nie odezwał się ani słowem. Cisza trwała chwilę — słychać było tylko silnik sąsiedniego auta wyjeżdżającego z bazy. Robert wyjął portfel, odliczył banknoty.
— Sto dziewięćdziesiąt. To wyrównanie za wszystkie trzy dni, razem z dzisiejszym stawieniem się.
Policzyłem w myślach: dwieście dwadzieścia razy trzy, minus to, co już dostałem, minus te sto dziewięćdziesiąt — brakowało jeszcze sto dwadzieścia.
— Brakuje stu dwudziestu złotych. Policzyłem, wiem, co mi się należy.
— Koszty paliwa, wynajem busa, klienci nie zawsze płacą od razu…
— Mnie to nie obchodzi. Umawialiśmy się na stawkę za punkt, nie na udział w twoich stratach. Albo dostaję resztę teraz, albo idę z tym na policję i do inspekcji pracy. Nawet bez umowy to poświadczenie nielegalnego zatrudnienia. To już twój problem.
Kamil odchrząknął.
— Ja też chcę dzisiaj rozliczenie. Skoro on dostaje pełną kwotę, to ja też. Po dwóch tygodniach.
Robert zbladł, mruczał coś pod nosem, liczył w głowie na palcach jednej ręki, jakby to mogło zmienić wynik. W końcu wyciągnął z portfela ostatnie banknoty i odliczył mi sto dwadzieścia złotych.
— To wszystko, co mam przy sobie.
Przeliczyłem gotówkę na jego oczach, banknot po banknocie, i schowałem do wewnętrznej kieszeni kurtki, tam gdzie leżał telefon z zapisanymi godzinami i adresami.
— Jeśli jeszcze raz usłyszę, że ktoś z twojej ekipy nie dostał pełnej stawki, ten zapis trafi prosto do inspekcji pracy w Krakowie. Razem z numerem rejestracyjnym busa i adresem tej bazy.
Odwróciłem się i poszedłem w stronę przystanku tramwajowego. Nie sprawdzałem, czy Kamil zostaje przy busie, czy idzie za mną.







