Autobus linii Radom–Opoczno wyjeżdżał z dworca o piątej czterdzieści pięć, kiedy jeszcze latarnie się paliły. Kierowca Tadeusz Bomba jeździł tą trasą od jedenastu lat i znał ją tak dobrze, że mógłby prowadzić z zamkniętymi oczami – każdy zakręt za Białaczowem, każdy przejazd kolejowy, nawet tę jedną wyrwę w asfalcie tuż przed lasem, którą omijał odruchowo, nie zwalniając.
Tego dnia w środku siedziało dziewiętnaście osób. Dwie pielęgniarki jadące na zmianę do szpitala, chłopak z plecakiem słuchający czegoś przez słuchawki, starszy mężczyzna z reklamówką pełną słoików, kilku robotników w kurtkach odblaskowych. Zwyczajny poranek, zwyczajni ludzie. Nikt nie zwracał uwagi na nic – oprócz Tadeusza, który akurat wtedy zauważył, że radio łapie tylko szum, więc je wyłączył.
Za Żarnowem droga robi się pusta. Las po obu stronach, żadnych domów aż do następnej wsi. I właśnie tam, tuż za zakrętem, wyskoczyła szara Toyota Land Cruiser – wyprzedziła autobus na podwójnej ciągłej i zahamowała gwałtownie tuż przed maską, blokując całą jezdnię.
Tadeusz zdążył wcisnąć hamulec. Autobus szarpnął, ktoś krzyknął z tyłu, słoiki starszego pana potoczyły się po podłodze.
– Co on odwala? – odezwał się głos z trzeciego rzędu.
Kierowca nie odpowiedział. Patrzył na terenówkę i już wiedział, że to nie przypadek. Z czterech drzwi wyszło pięciu mężczyzn. Dwóch w kominiarkach, pozostali nawet nie zadawali sobie trudu, żeby zasłonić twarze. W rękach mieli łomy, kije bejsbolowe, jeden trzymał młotek murarski.
O takich napadach Tadeusz słyszał od kolegów z bazy – od miesiąca w okolicy Piotrkowa i Tomaszowa ktoś blokował busy i autokary na pustych odcinkach, okradał pasażerów z telefonów, portfeli, obrączek. Dwa tygodnie temu jednego kierowcę poturbowali tak, że trafił do Radomia na obserwację.
Tadeusz zablokował drzwi centralnie, zgasił silnik i powiedział przez mikrofon:
– Proszę zostać na miejscach. Drzwi są zamknięte. Nikt nie wysiada.
Z tylnego rzędu podniósł się mężczyzna w wojskowej kurtce, mniej więcej pięćdziesięcioletni, i zapytał bez emocji:
– Te drzwi to naprawdę wytrzymają?
– Wzmacniane, ale długo nie postoją – odparł Tadeusz.
W tej samej chwili pierwszy cios trafił w przednią szybę. Trzask, długie pęknięcie od słupka do słupka. Kilka osób schyliło się instynktownie. Jedna z pielęgniarek zasłoniła rękami twarz. Na zewnątrz mężczyzna z kijem uderzył w drzwi i wrzasnął:
– Otwieraj, kurwa, bo sami wejdziemy!
Tadeusz milczał, obiema dłońmi trzymając kierownicę tak mocno, że plastik zaskrzypiał. Grad ciosów posypał się na boczne okna – łomy uderzały z rozmachem, szyba pękała siateczką, kawałki szkła spadały na jezdnię z metalicznym brzękiem. Ktoś roztrzaskał lusterko, ktoś wybił lewy reflektor, jeszcze inny okładał drzwi z regularnością metronomu.
Napastnicy działali pewnie, jakby dokładnie wiedzieli, gdzie zatrzymać autobus i ile czasu potrzeba, żeby się do niego dostać.
Tadeusz sprawdził w lusterku, co dzieje się za jego plecami. I to było najdziwniejsze w całej sytuacji – mimo huku i sypiącego się szkła pasażerowie zachowywali się nienaturalnie spokojnie. Nikt nie płakał, nikt nie krzyczał, żeby otworzyć drzwi. Kilku mężczyzn siedziało bez ruchu, obserwując uważnie każdy ruch na zewnątrz. Tylko starsza kobieta w środkowym rzędzie była naprawdę przerażona, ściskała torebkę tak mocno, że knykcie jej pobielały.
Mężczyzna w wojskowej kurtce pochylił się w jej stronę.
– Proszę się schylić i odsunąć od okna. Zaraz to się skończy.
Powiedział to tak rzeczowo, że kobieta posłuchała bez pytania.
Na zewnątrz agresja rosła. Jeden z bandytów wskoczył na przedni zderzak i uderzał młotkiem w szybę – po kilku ciosach powstała dziura wielkości pięści, potem odłamki posypały się do środka. Wódz grupy, łysy, w skórzanej kurtce, przyłożył twarz do wybitej szyby.
– Ostatni raz mówię! Otwieraj albo wyciągniemy cię przez okno!
Tadeusz zrozumiał, że dłużej czekać się nie da. Jeszcze chwila i któryś z pasażerów naprawdę oberwie odłamkiem albo łomem. Sięgnął do przycisku i drzwi się rozsunęły.
Bandyci wparowali do środka jeden za drugim, pchając się nawzajem, pewni siebie, głośni. I dopiero w tej chwili, kiedy stanęli w przejściu między fotelami, zorientowali się, że coś jest bardzo nie tak.
Bo pasażerowie, którzy przed chwilą siedzieli grzecznie i cicho, nagle podnieśli się z miejsc – wszyscy naraz, bez słowa, jak na sygnał. Robotnicy w kurtkach odblaskowych okazali się byłymi żołnierzami jednostki z Tomaszowa, wracającymi z kursu strzeleckiego. Chłopak ze słuchawkami zdjął je i schował telefon, na którym od dwóch minut trwało nagranie przekazywane na żywo do grupy znajomych z drogówki. Mężczyzna w wojskowej kurtce – emerytowany policjant z Opoczna – już trzymał w dłoni gaz pieprzowy.
Łysy z młotkiem zdążył zrobić tylko jeden krok w głąb autobusu. Dostał łokciem w splot słoneczny, zgiął się wpół, a ktoś inny wykręcił mu rękę z młotkiem za plecami tak, że narzędzie z brzękiem upadło na podłogę. Drugi bandyta, ten z kijem bejsbolowym, oberwał strumieniem gazu prosto w oczy i zawył, potykając się o fotel. Trzeci próbował się cofnąć do drzwi, ale te już były zablokowane od środka – Tadeusz nacisnął przycisk ponownie, tym razem zamykając napastników w środku razem z pasażerami.
Starsza kobieta, ta z torebką, przez cały czas siedziała nieruchomo z torebką na kolanach, obserwując, jak dziewiętnastu zwyczajnych ludzi rozprawia się z pięcioma uzbrojonymi mężczyznami w niecałe dwie minuty. Jeden z byłych żołnierzy przycisnął łysego kolanem do podłogi i owinął mu ręce paskiem od plecaka. Drugiego bandytę, tego oślepionego gazem, posadzono na fotel i przytrzymano za ramiona. Pozostali dwaj, widząc, jak kończy się sprawa kolegów, nawet nie próbowali stawiać oporu – stali z rękami uniesionymi, oddychając ciężko.
Chłopak z telefonem cały czas nagrywał, relacjonując szeptem przez połączenie: „Jesteśmy na trasie za Żarnowem, potrzebujemy patrolu, mamy pięciu związanych, autobus unieruchomiony". Po drugiej stronie odpowiedział mu głos kolegi z drogówki, który akurat kończył nocną zmianę dziesięć kilometrów dalej.
Radiowóz przyjechał osiemnaście minut później, zaraz za nim drugi. Policjanci wyprowadzali bandytów po kolei – łysego w kajdankach, resztę z rękami skrępowanymi paskami i sznurówkami, bo kajdanek zabrakło. Okazało się, że to ta sama grupa, która od miesiąca terroryzowała trasy między Piotrkowem a Tomaszowem – szukano ich od trzech tygodni, mieli na koncie już cztery podobne napady i jednego poturbowanego kierowcę.
Terenówkę zabezpieczono na miejscu – kradzioną, z przerobionymi tablicami. W bagażniku znaleziono jeszcze dwa worki na łupy, puste, przygotowane na tę trasę.
Tadeusz Bomba dostał od dyrekcji PKS tydzień wolnego i premię w wysokości tysiąca dwustu złotych – na pokrycie kosztów wymiany przedniej szyby, jak żartowali w bazie, choć naprawdę za to, że nie stracił głowy. Starsza kobieta z torebką, pani Zofia, zanim wysiadła na swoim przystanku w Opocznie, podeszła do emerytowanego policjanta i uścisnęła mu dłoń bez słowa. On tylko kiwnął głową i wrócił na swoje miejsce, jakby nic się nie stało – bo za dwadzieścia minut miał umówione spotkanie w urzędzie skarbowym i nie zamierzał się spóźnić.







