Od czternastu lat sprzątam mieszkania w warszawskiej Woli. Ludzie zostawiają mi klucze, kody do domofonu, a czasem nawet kartę do bankomatu, żebym im kupiła mleko. Przyzwyczaiłam się, że w cudzych domach dzieją się różne rzeczy. Ale to, co zastałam u państwa Malinowskich we wtorek rano, zapamiętam do końca życia.
Pani Malinowska, emerytowana nauczycielka biologii, zadzwoniła do mnie w niedzielę wieczorem. Głos miała taki, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała, od czego zacząć.
— Pani Jadziu, proszę mi powiedzieć, ale szczerze… czy pani czasem włącza ten głośnik w kuchni?
— Jaki głośnik? — zdziwiłam się, bo u nich sprzątałam zawsze w ciszy. Radio nastawiała sama pani domu, zawsze to samo, Jedynka.
— No ten czarny, od Asystenta Google. Bo ja mam w domu taki bałagan na liście zakupów, że głowa mała. A mąż przysięga, że nic nie dodawał.
Umówiłyśmy się, że przyjdę we wtorek, jak zwykle o ósmej rano, i przy okazji popatrzę na ten głośnik. Państwo Malinowscy mieszkają w starej kamienicy przy ulicy Chłodnej. W klatce pachnie pastą do podłóg i kapustą, na parapecie między piętrami stoi doniczka ze smutnym fikusem, którego nikt nie podlewa. Drzwi otwiera mi zwykle pan Malinowski, ale tego dnia akurat wyszedł po bułki, bo te z zamrażalnika, jak twierdził, gdzieś mu się rozeszły. W kuchni czekała pani domu.
Przywitała mnie w progu i od razu pociągnęła za rękaw.
— Niech pani patrzy.
Podała mi telefon. Na ekranie lista zakupów w aplikacji sklepu internetowego. Czytam i nie wierzę: melon, suszone figi, brokuły, lody waniliowe, latawiec, żarówka z gwintem E27. A pod spodem dopisek głosowy, automatycznie zamieniony na tekst: „Dodaj do koszyka, proszę”.
— Co to ma być? — pytam.
— No właśnie — pani Malinowska załamała ręce. — My z mężem melonów nie jemy, bo mu po nich wątroba szwankuje. Fig suszonych to ja nawet nie kupiłam nigdy w życiu. Latawiec, proszę pani! Po co nam latawiec?
Rozsiadłam się przy kuchennym stole, a ona postawiła przede mną herbatę w szklance z koszyczkiem. I wtedy usłyszałam, jak z drugiego pokoju ktoś mówi. Wyraźnie, dobitnie, z lekkim skrzekiem:
— Hej Google!
Pani Malinowska pobladła.
— O Jezu, znowu…
Weszłyśmy do salonu. Na oparciu fotela siedziała papuga żako o imieniu Kuba. Piękny ptak, popielaty, z czerwonym ogonem. Dziób miał lekko uchylony, a w oku coś takiego, że przysięgam — on wiedział, że go obserwujemy.
— Hej Google — powtórzył Kuba i dodał po chwili, czysto jak lektor radiowy: — Dodaj melona do listy zakupów.
Głośnik na parapecie mrugnął niebieskim światełkiem. Na ekranie telefonu pani Malinowskiej pojawiła się nowa pozycja: melon.
Stałam jak wmurowana. Czternaście lat sprzątam cudze mieszkania i myślałam, że widziałam wszystko: pijanego męża w wannie, kota, który otwierał lodówkę, sąsiadkę, co kradła cukier. Ale papuga, która robi zakupy przez internet? Tego jeszcze nie było.
— I co ja mam z tym zrobić? — pani Malinowska usiadła ciężko na krześle, poprawiła serwetkę na stole, a palce jej drżały. — Mąż mówi, żebym wyłączyła ten głośnik. Ale jak wyłączę, to się nie obudzę na czas do kościoła. A Kuba się nauczył. Siedzi tu cały dzień sam, jak my z mężem jesteśmy u lekarza. I gada. Do tego głośnika gada. I patrzcie państwo, co z tego wynika.
Kuba tymczasem przechylił łebek i zeskoczył z fotela na stolik.
— Jak się masz, Kuba? — zapytał sam siebie.
— Dobrze — odpowiedział sobie.
Mnie zrobiło się i śmieszno, i straszno. Bo to nie była zwykła papuga, co powtarza „krakers”. Ten ptak najwyraźniej kombinował, jak użyć swojej umiejętności do czegoś konkretnego. Pani Malinowska opowiadała, że kupiła Kubę jedenaście lat temu do towarzystwa, bo dzieci wyjechały do Anglii i zostały same. Ptak od początku ładnie mówił, ale przez pierwsze lata ograniczał się do tego, co słyszał w domu: „Poczekaj, aż ojciec wróci”, „Zdejmij buty”, „Kuba, nie krzycz”. Dopiero jak syn podarował im ten głośnik na gwiazdkę, ptak dostał nowe narzędzie.
— Teraz to on tu rządzi — powiedziała pani Malinowska i rozpłakała się cicho, ocierając oczy rąbkiem fartucha. — Przepraszam, pani Jadziu, ale ja naprawdę nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. To przecież tylko ptak, a jednak wychodzi na to, że mnie przechytrzył.
Podałam jej chusteczkę. W kuchni zapiszczał czajnik. Poszłam go wyłączyć, a kiedy wróciłam, zobaczyłam, że pani Malinowska wyjęła z szuflady notatnik i długopis. Coś pisała. Myślałam, że spisuje, co Kuba dodał do koszyka, żeby to potem usunąć. Ale ona pisała co innego.
— Pani Jadziu, pani to pewnie potrafi obsługiwać te aplikacje lepiej niż ja. Niech mi pani pokaże, jak się wyłącza takie zamówienie. I jak się zmienia hasło na koncie w sklepie.
Pokazałam jej. Metodycznie, krok po kroku. Wyłączyła zakupy głosowe, ustawiła potwierdzanie każdej transakcji hasłem, a potem zrobiła coś, co najbardziej utkwiło mi w pamięci: wyjęła z portfela kartę płatniczą i schowała ją do pudełka po herbatnikach, wysoko do szafki.
— Trzeba było od razu. Ale człowiek myśli, że skoro ma ptaka, co mówi „dzień dobry”, to wszystko w porządku. A to cwaniak jest.
W tej samej chwili z salonu dobiegło:
— Hej Google! Dodaj lody waniliowe do listy zakupów.
Pani Malinowska nawet nie wstała. Tylko podniosła oczy znad telefonu i krzyknęła w stronę drzwi:
— Nie tym razem, Kuba! Hasło ci nie dałam!
A papuga zamilkła. Naprawdę zamilkła, jakby zrozumiała, że jej fortel się skończył. Pani Malinowska popatrzyła na mnie z taką miną, jakby pierwszy raz od tygodnia odetchnęła swobodniej.
Kiedy wychodziłam, na wycieraczce leżały dwie bułki kajzerki i kartka od pana Malinowskiego: „Kupiłem świeże, bo żona mówiła, że nasze z zamrażalnika ktoś zjadł. Podejrzewam Kubę, ale on się nie przyznaje. K.”.
Nie powiedziałam mu o Kubie. Nie zdążyłam, bo wróciłam po południu po zapomniane klucze. I wtedy zobaczyłam przez uchylone drzwi, jak pani Malinowska siedzi w salonie z ptakiem na ramieniu. Pokazywała mu telefon z otwartą aplikacją bankową.
— Widzisz, Kuba? Zero dziewięćdziesiąt siedem na koncie. I ani jednego melona. A żarówkę, którą zamówiłeś za osiem złotych, to ja zwróciłam do sklepu. I dobrze, bo nam taka mocna niepotrzebna.
Żako zabulgotał coś pod nosem. Pani Malinowska pocałowała go w czubek głowy, w tym miejscu, gdzie pióra są najdelikatniejsze, i dodała:
— Ale i tak cię kocham, draniu.






