Nazywam się Bartek, jestem dozorcą w bloku przy ulicy Kaczej we Wrocławiu, robię to już jedenasty rok i naprawdę widziałem różne rodzinne wojny — ale tej z drugiego piętra nie zapomnę.
Panią Danutę znałem od dawna. Emerytowana nauczycielka geografii, mieszkanie po mężu, ciche kobiety w berecie, która zawsze płaciła czynsz pierwszego dnia miesiąca, co do grosza. Jej szwagierka, Renata, pojawiła się u nas w październiku, w piątek, kiedy akurat zmieniałem żarówkę na klatce. Dwie ogromne kraciaste torby na kółkach, jedna oderwana rączka od walizki owinięta taśmą klejącą.
— Pani do kogo? — spytałem, bo z zasady pytam każdego obcego.
— Do swojego mieszkania, do swoich metrów — warknęła i wjechała kółkami prosto w świeżo umyty korytarz, tak że zostały dwie długie smugi.
Wiedziałem, o co chodzi. Pół roku wcześniej zmarł pan Zenon, mąż pani Danuty. Renata, jego siostra, odziedziczyła po nim jedną czwartą tego mieszkania i uparła się, że nie sprzeda swojej części za żadne pieniądze. Powiedziała agentowi z biura nieruchomości — słyszałem to na klatce, bo drzwi były uchylone — że "w mieście przyda się własny kąt".
Winda tego dnia akurat nie działała, więc obie wchodziły po schodach, torba za torbą. Pani Danuta niosła jedną z toreb, o dziwo bez słowa sprzeciwu. Renata szła za nią z miną osoby, która wygrała w totka.
Przez pierwszy tydzień codziennie rano robiłem obchód i codziennie coś się działo. W poniedziałek Renata smażyła jajecznicę o wpół do siódmej, tak że zapach czuć było aż na klatce schodowej i sąsiad z parteru, pan Wiesiek, otworzył okno i krzyknął w górę, że ktoś tu chyba pali opony. We wtorek usłyszałem przez uchylone drzwi, jak Renata pyta o czajnik, a pani Danuta odpowiada spokojnym, urzędowym tonem, że lodówka jest pusta, bo ona sama je dziś w pracy — a przecież wiedziałem, bo wynosiłem jej siatkę ze sklepu dzień wcześniej, że w tej lodówce stał gulasz i pół sera żółtego.
Zagadnąłem ją kiedyś na klatce, gdy wracała z warzywniaka.
— Pani Danuto, nie za dużo pani z tą szwagierką ma na głowie?
Postawiła siatki na parapecie przy skrzynkach pocztowych, poprawiła rękawiczkę.
— Bartek, ja przez dwadzieścia dwa lata gotowałam obiady dla całej rodziny mojego męża. Renata przyjeżdżała na święta, siadała przy stole i nawet talerza po sobie nie odnosiła. Teraz ma prawo do ćwiartki tego mieszkania. Do ćwiartki, nie do wszystkiego.
Nie powiedziała nic więcej, wzięła siatki i poszła na górę.
Rzecz w tym, że Renata swoje mieszkanie w Oleśnicy wynajmowała jakiejś młodej parze za tysiąc osiemset złotych miesięcznie — to akurat wiem, bo listonoszka, pani Grażyna, przynosiła jej tam awizo i się pochwaliła, że "nareszcie ma dochód, bez podatku, bo na czarno". A tu, we Wrocławiu, chciała żyć na gotowym, na cudzej emeryturze i cudzym gazie.
Któregoś dnia w listopadzie zobaczyłem na klatce schodowej kartkę przypiętą do drzwi mieszkania — zdjęta zaraz potem, ale zdążyłem przeczytać. Rozpiska: prąd, woda, ogrzewanie, każda pozycja z kwotą i podpisem "25% — Renata, termin do 10. dnia miesiąca". Renata musiała to zerwać, bo następnego dnia leżała podarta w koszu na klatce, kawałki papieru między fusami po kawie.
W grudniu przydarzyła mi się dziwna rzecz — zauważyłem, że Renata zaczęła nosić do mieszkania jedzenie z osiedlowego Żabki, w reklamówkach, sama, wieczorami, kiedy myślała, że nikt nie widzi. Kupowała najtańsze rzeczy — parówki, chleb tostowy — bo pani Danuta, jak się okazało, faktycznie przestała ją karmić z własnej kieszeni. Miałam wtedy nocną zmianę przy sprzątaniu klatki i słyszałem przez wentylację kuchenną, jak Renata krzyczy coś o "zeszycie", o jakichś zapiskach co do proszku do prania i jogurtu.
Sytuacja wybuchła naprawdę w lutym, w środę, koło osiemnastej. Byłem akurat na klatce, bo cieknący kaloryfer na trzecim piętrze wymagał uszczelnienia, i słyszałem wszystko przez niedomknięte drzwi windy naprzeciwko ich mieszkania.
— Ty mnie tu głodem morzysz, jak psa na łańcuchu! — krzyczała Renata. — Zenon by się w grobie przewracał, jakby wiedział, jak traktujesz jego rodzoną siostrę!
— Zenon w grobie by się przewracał, widząc, że przez pół roku nie zapłaciłaś ani złotówki za prąd, a swoje mieszkanie wynajmujesz na czarno za osiemnaście stów — odpowiedziała pani Danuta, i po raz pierwszy usłyszałem w jej głosie coś twardego, nie tylko spokój nauczycielki geografii.
Zapadła cisza, długa, taka że pomyślałem, że któraś wyszła. Potem trzasnęły drzwi szafki, a zaraz po tym usłyszałem, jak pani Danuta mówi już zupełnie inaczej — nie krzyczy, tylko wyjaśnia, jakby czytała z kartki.
— Mam już umówioną wizytę u notariusza, na piątek, na jedenastą. Odkupię twoją ćwiartkę. Rzeczoznawca wycenił całe mieszkanie na pięćset dwadzieścia tysięcy, twoja część to sto trzydzieści. Dam ci te pieniądze przelewem, jednym przelewem, i wtedy to mieszkanie będzie w całości moje, bez żadnych udziałów.
— A jak nie zgodzę się sprzedać? — Renata już nie krzyczała, tylko jakby się broniła.
— Wtedy pozwę cię o zniesienie współwłasności do sądu rejonowego, i sąd i tak każe ci sprzedać albo mnie spłacić. Wybierz, co ci wygodniej. Ale pod jednym dachem z tobą już nie mieszkam.
W piątek widziałem, jak obie wychodzą z bloku o dziesiątej czterdzieści pięć, w płaszczach, pani Danuta z szarą teczką pod pachą — tą samą, w której zawsze trzymała dokumenty do przychodni. Renata szła krok za nią, bez tych swoich toreb, tylko z torebką na ramieniu, i milczała całą drogę do przystanku, tak że nawet nie odpowiedziała na "dzień dobry" od sąsiadki z parteru.
Wróciły same, koło pierwszej. Renata poszła prosto do mieszkania po swoje dwie kraciaste torby, tym razem obie z rączkami, bo tę oderwaną zdążyła w międzyczasie naprawić. Zniosła je na dół, ja jej nawet przytrzymałem drzwi na klatce, bo ręce miała zajęte.
— Do widzenia, pani Renato — powiedziałem, bo tak mnie nauczono, żeby żegnać każdego mieszkańca, nawet takiego, co się z nikim nie żegnał.
Spojrzała na mnie, jakby dopiero teraz mnie zauważyła w tym budynku, i powiedziała tylko:
— Sto trzydzieści tysięcy już jest na koncie. Sprawdzę wieczorem w aplikacji.
Wsiadła do taksówki, którą zamówiła jeszcze na schodach. Pani Danuta stała w oknie na drugim piętrze — widziałem ją, bo akurat zamiatałem chodnik przy wjeździe — i patrzyła, jak samochód odjeżdża w stronę ronda. Nie machała. Po prostu zamknęła okno, wyprostowała firankę i zniknęła w głębi mieszkania.
Tego wieczoru poczułem w windzie zapach czegoś zupełnie innego niż smażona kiełbasa — bigos, jak się później okazało od pani Grażyny, która akurat wtedy przynosiła awizo do skrzynki obok. Pierwszy raz od pięciu miesięcy pani Danuta gotowała na cały garnek.







