Kluczyk od gabinetu na Puławskiej

Beata pracowała jako menedżerka w klinice stomatologicznej od jedenastu lat i nigdy nie podsłuchiwała cudzych rozmów. Ale tego wieczoru telefon męża leżał na kuchennym blacie, ekran się zaświecił, i usłyszała, jak Krzysztof mówi komuś "myszko" takim głosem, jakiego do niej samej nie używał już chyba od roku. Weszła bez pukania. Rozmowa urwała się w pół słowa.

— Z kim gadałeś?

— Z pacjentką. Umawialiśmy wizytę.

— Pacjentki nazywasz myszką?

Wzruszył ramionami, wyszedł do przedpokoju wciągać buty — jakby to on się gdzieś spieszył, nie ona z pytaniami. Beata stała na środku kuchni, patrząc na czajnik, który akurat zaczynał gwizdać. Wyłączyła gaz. Dwa lata małżeństwa, mieszkanie na Mokotowie kupione wspólnie, kredyt jeszcze na osiemnaście lat — i teraz to.

Zadzwoniła do Agaty, higienistki z gabinetu Krzysztofa, z którą przyjaźniła się jeszcze z liceum.

— Aga, cześć. Słuchaj, macie tam nową w recepcji, prawda? Krzysiek coś wspominał, że pachnie fantastycznie, chciałam się dowiedzieć jakie perfumy, bo mu chcę takie same kupić na urodziny.

— A, Julka Kaczmarek. Ładna dziewczyna, tylko strasznie zadziera nosa, nikt się z nią specjalnie nie koleguje. Perfum nie wiem jakich, ale mogę popytać.

— Nie trzeba, nie mów tylko, że pytałam. A zamężna ona?

— Zamężna, mąż ją nawet czasem podwozi po robocie, jeździ takim srebrnym audi. Normalny wydaje się gość.

Beata znalazła Julkę na Instagramie w trzy minuty. Zdjęcia z siłowni, z Zakopanego, z mężem na jakimś weselu — przystojny, w garniturze, uśmiechnięty. W bio: pośrednik nieruchomości, numer telefonu podany otwarcie. Zrobiła zrzut ekranu. Na wszelki wypadek.

Tej nocy nie zasnęła. Leżała na brzegu łóżka, tak żeby nie dotykać pleców Krzysztofa, i liczyła w głowie miesiące — kiedy przestał całować ją na dzień dobry, kiedy przestał pytać, jak minął dzień. Koło czwartej wstała, poszła do łazienki i długo trzymała nadgarstki pod zimną wodą, jakby to miało coś ochłodzić w środku. W lustrze zobaczyła kobietę, która jeszcze wczoraj chciała tylko wiedzieć, jakich perfum używa jakaś dziewczyna z recepcji. Teraz już wiedziała, że to nie o perfumy chodzi.

W piątek wybierali się do kina na Chmielnej — Beata sama zaproponowała, żeby sprawdzić, czy Krzysztof jeszcze w ogóle chce z nią gdziekolwiek wychodzić. Usłyszała go w łazience, przez uchylone drzwi, mówiącego cicho do telefonu:

— Julka, no nie mogę dzisiaj, obiecałem żonie kino. Kotku, nie gniewaj się, odrobię ci to.

Odrobi. Beata poczuła, jakby ktoś zacisnął jej pięść na żołądku. Stała pod drzwiami łazienki jeszcze chwilę, słuchając, jak szumi woda — a on tam sobie domywa ręce, jakby nic. I ten mąż Julki, ten przystojniak w garniturze — czy on w ogóle wie, komu jego żona "odrabia"?

Plan złożył się sam. W sobotę Beata oznajmiła, że jedzie na trzy dni do siostry pod Radom, pomóc przy remoncie łazienki.

— Jasne, jedź, rodzinie trzeba pomagać — ucieszył się Krzysztof, tak szczerze, że aż się przy tym zaświecił.

Cały wieczór był wyjątkowo miły. Zamówił nawet pizzę z jej ulubionym dodatkiem, choć od pół roku o to nie pytał.

Rano Beata spakowała torbę, pojechała do pracy, a po południu — do matki na Bielany, tłumacząc się kłótnią z mężem, że musi ochłonąć. Zjadła szybko obiad, wróciła do miasta i zaparkowała drugim samochodem — miała go po ojcu — w bocznej uliczce, dwie przecznice od własnego bloku. Żeby nikt nie skojarzył tablic.

Światło w oknie ich mieszkania na czwartym piętrze się paliło. Po dziesięciu minutach na balkon wyszła Julka zapalić — w za dużej koszuli, najwyraźniej jego. Beata zrobiła zdjęcie, potem krótkie nagranie. Ręce jej się trzęsły tak, że obraz wyszedł rozmazany, ale to nie miało znaczenia.

Wybrała numer, który miała w zrzucie ekranu.

— Halo?

— Dzień dobry, Marku. Nie zna mnie pan. Ale mój mąż bardzo dobrze zna pana żonę, Julię. I są teraz razem, w moim mieszkaniu.

Cisza trwała może trzy sekundy.

— Adres. Proszę o adres.

Marek pojawił się pod blokiem szybciej, niż Beata się spodziewała — jakieś piętnaście minut. Bez krawata, w tej samej koszuli co na zdjęciach z Instagrama, tylko teraz pomiętej.

— Wejdziemy razem — powiedziała Beata. — Mam klucze, to moje mieszkanie.

Winda jechała długo, cztery piętra, w milczeniu. Beata otworzyła drzwi bezszelestnie — nauczyła się tego jeszcze w gabinecie, gdzie każdy klucz i każdy zamek trzeba było znać na pamięć. W przedpokoju stały jego buty i jej sandałki, jedne przy drugich, jakby od lat tak stały. Podeszła do sypialni, Marek tuż za nią. Otworzyła drzwi z impetem.

— No i co, myszko i kotku, ćwiczycie sztuczki?

Krzysztof usiadł na łóżku tak gwałtownie, że kołdra spadła na podłogę. Julka złapała prześcieradło, ale za późno.

— Beata, co ty… co wy tu robicie?

— A ja to niby jestem u siebie w domu. To ty się teraz zbierasz, i to szybko, razem ze swoją wypłowiałą myszką.

Julka owinęła się prześcieradłem i rzuciła się w stronę męża.

— Marek, przepraszam, ja sama nie wiem, co mi się stało…

Marek nie odpowiedział. Splunął jej pod nogi, odwrócił się i wyszedł do kuchni. Beata poszła za nim, zostawiając Krzysztofa i Julkę same z ich ubraniami rozrzuconymi po podłodze. Wyjęła z lodówki butelkę wina — tę, którą Krzysztof kupił na jakąś specjalną okazję, może właśnie na tę — i nalała dwa kieliszki.

— Marek, co pan teraz zrobi?

— Rozwód. A pani?

— Też rozwód. Mieszkanie jest moje, wpisane w akcie notarialnym jeszcze przed ślubem — ojciec mi je zostawił. Zabierze samochód i rzeczy, resztę już nie moja sprawa.

Z sypialni wyszedł Krzysztof, zapinając koszulę tak niedbale, że dwa guziki zostały bez dziurek.

— Beata, może nie od razu rozwód. Każdy ma prawo do błędu.

— Nie mam ochoty tego dłużej słuchać. To był twój wybór, świadomy, i to nie pierwszy raz sądząc po tym, jak sprawnie ci to wszystko wychodziło.

Julka wyszła z sypialni z rozmazanym tuszem, włosy w nieładzie. Beacie zrobiło się nagle bardzo lekko na duszy — patrzyła na tę "gwiazdę z recepcji", o której Agata opowiadała z takim namaszczeniem, i widziała po prostu zapłakaną dziewczynę w cudzej pościeli.

— Zbieraj się i wyjdź z mojego mieszkania — powiedział Marek, patrząc na żonę bez cienia gniewu, tylko z jakimś zmęczeniem. — Zanim powiem coś, czego pożałuję.

Krzysztof wrzucił kilka koszul do torby sportowej i wyszedł razem z Julką, nie oglądając się. Drzwi trzasnęły. Beata dolała wina.

— No to co, kolego po nieszczęściu, jeszcze po jednym?

— Chętnie. Nigdy bym nie pomyślał, że wyląduję w takiej sytuacji.

Rozmawiali do drugiej w nocy — o tym, jak się poznali ze swoimi małżonkami, o tym, że Marek od dawna czuł, że coś jest nie tak, tylko nie chciał tego nazwać. Śmiali się nawet, wspominając głupie rzeczy z młodości, jakby to pomagało zapomnieć o tym, co przed godziną widzieli w tej sypialni. Krzysztof za bardzo pił, żeby wracać samochodem — Beata rzuciła mu koc na kanapę i poszła spać sama, pierwszy raz od dwóch lat w łóżku, które znowu było tylko jej.

Rozwód poszedł szybko — bez dzieci, bez podziału majątku, bo mieszkanie od początku zostało zapisane wyłącznie na Beatę. Poszła do ślusarza na rogu, wymieniła zamek w drzwiach tego samego tygodnia, zapłaciła sto osiemdziesiąt złotych i schowała paragon do segregatora z dokumentami rozwodowymi — na wszelki wypadek. Rzeczy Krzysztofa spakowała w dwa kartony i wystawiła pod drzwi klatki. Przyjechał po nie w milczeniu, nie zapukał nawet.

Julka, jak przewidywał Marek, wyprowadziła się do rodziców na Ursynów.

W październiku Marek zadzwonił z pytaniem, czy Beata ma ochotę zobaczyć mieszkanie, które akurat wystawił jeden z jego klientów — trzy pokoje na Woli, blisko parku, bo wiedział, że szuka czegoś dla siostrzenicy. Stali potem oboje przy oknie pustego salonu, w którym pachniało jeszcze świeżą farbą, i patrzyli na plac zabaw po drugiej stronie ulicy.

— Dobre światło tu mają po południu — powiedział Marek, dotykając parapetu.

— Kupiłabym, gdybym akurat szukała dla siebie — odpowiedziała Beata, a potem dodała, jakby to było zupełnie oczywiste: — Zrobisz mi dzisiaj kawę u siebie, czy dalej udajemy, że umawiamy się tylko na oglądanie mieszkań?

Marek roześmiał się głośno, pierwszy raz od tamtej nocy tak naprawdę szczerze, i schował klucze do kieszeni.

— Umiem parzyć tylko rozpuszczalną.

— Wystarczy.

Wyszli razem, zostawiając za sobą pusty salon i zapach farby, a klucze do tamtego mieszkania na Woli tak i zostały u agenta — bo nie po to tam poszli.

Rate article
MagistrUm
Kluczyk od gabinetu na Puławskiej