Trzeci telefon tego samego poranka. Michał siedział w sali konferencyjnej na piątym piętrze biurowca przy Targowej. Laptop stał przed nim otwarty, obok stygła kawa z mlekiem, a szef działu tłumaczył, dlaczego deadliny trzeba przesunąć o dwa tygodnie. Telefon Michała leżał ekranem do dołu, ale wibracja przebijała się przez stół. Raz, drugi, teraz trzeci. Na wyświetlaczu migało jedno słowo: „Halina”. Michał zacisnął zęby i nie odebrał. Wsunął komórkę do kieszeni marynarki, ale wibracja nie ustała. Po minucie przyszła wiadomość: „Michał, oddzwoń, jak będziesz mógł. To nie jest pilne, ale chciałam zapytać o przepis na tę sałatkę.”
Odchylił się na krześle i pomyślał: „Kurczę, znowu.” Nie po raz pierwszy, tylko znów. Rok wcześniej to samo potrafiło wytrącić go z równowagi.
Halina zadzwoniła do niego po raz pierwszy w czwartek po południu, pod koniec marca. W Łodzi wiało tak, że tramwaje na Piotrkowskiej trzeszczały na zakrętach. Halina siedziała w jednopokojowym mieszkaniu na Bałutach, przed nią stał stary laptop z pękniętym ekranem, a na parapecie spał rudy kot Klusek. Córka Haliny, Agnieszka, wyjechała do Anglii osiem miesięcy wcześniej, zaraz po rozwodzie. Rozstali się z Michałem bez awantur – po prostu dwoje pracoholików w jednym związku to było, jak to określiła Agnieszka, „za dużo garnków na jednym palniku.” Halina lubiła Michała od pierwszego spotkania, jeszcze zanim został jej zięciem. Po rozwodzie on zniknął z jej życia, ale Halina nie umiała go skreślić.
— Halo? — usłyszała jego zdziwiony głos.
— Michał, to ja, Halina. Przeszkadzam?
— Nie, w porządku. Coś się stało?
— Nie, nic się nie stało. Siedzę tu z Kluskiem i pomyślałam, że dawno cię nie słyszałam. Co u ciebie?
— W porządku, praca, dużo projektów.
— No to się cieszę. A może wpadłbyś w weekend na herbatę? Mam sernik z rodzynkami, tylko Klusek już zdążył dobrać się do blachy.
Michał uśmiechnął się pod nosem. — W sumie czemu nie. Zobaczę, jak skończę raport.
Wpadł w sobotę. Halina otworzyła drzwi w kraciastym fartuchu, w dłoni trzymała ścierkę. Klusek natychmiast owinął mu się wokół nóg, mrucząc jak stary silnik. Usiedli przy kuchennym stole, pili herbatę w szklankach z metalowymi koszyczkami, jedli sernik. Halina opowiadała o sąsiadce z góry, której pies szczeka za każdym razem, gdy Halina wychodzi na balkon, a Klusek wtedy udaje, że to nie jego sprawa. Michał słuchał i myślał, że to miłe, takie zwykłe popołudnie. Nie spodziewał się, że od tej wizyty Halina zacznie dzwonić częściej.
Najpierw raz w tygodniu. Potem dwa razy. Później codziennie, czasem o siódmej rano, czasem w środku dnia, czasem wieczorem. Michał pracował jako inżynier oprogramowania w firmie, która robiła systemy dla banków. Jeden fatalny błąd w kodzie mógł kosztować firmę czterysta tysięcy złotych kary umownej. Michał nie miał czasu na rozmowy o kocie, który znów zasnął w kartonie po butach. Ale Halina dzwoniła.
— Michał, wiesz, że dzisiaj w Biedronce były pomidory po sześć złotych za kilo? Kupiłam trzy kilo na przecier.
— To dobrze, Halino.
— A tramwaj linii dwanaście znowu nie przyjechał. Stałam dwadzieścia minut na przystanku.
— Przykro mi.
— A Klusek wygiął się na parapecie tak, że prawie spadł. Złapał się pazurami za firankę.
Michał czuł ciężar w żołądku, gdy tylko na ekranie pojawiało się „Halina”. Jego własna matka dzwoniła raz w tygodniu i pytała: „Żyjesz? Praca? Zdrowie?” — i to wystarczało. Halina chciała rozmawiać o wszystkim i o niczym. To go męczyło.
Punkt krytyczny przyszedł w środę, przed ważnym spotkaniem z klientem z Wrocławia. Michał stał w korku na alei Mickiewicza, w radiu leciała prognoza pogody, a on powtarzał w myślach punkty prezentacji. Telefon zadzwonił. „Halina”. Nie odebrał. Dzwoniła drugi raz. Trzeci. W końcu napisała: „Michał, Klusek ma coś z łapą. Kuleje. Boję się, że to coś poważnego. Oddzwoń, proszę.”
Michał oddzwonił dopiero po spotkaniu, koło osiemnastej. Halina odebrała po pierwszym sygnale.
— Michał, dzięki, że dzwonisz. Klusek siedzi pod stołem i nie chce wyjść.
— Co mu się stało?
— Nie wiem, może skoczył z szafy. Ale on nigdy nie pokazuje bólu.
— Halino, a weterynarz?
— Dzwoniłam do kliniki na Narutowicza, ale nie mam jak go tam zawieźć. Taksówka dla kota kosztuje pięćdziesiąt złotych, a tramwajem on się boi.
Michał westchnął. — Dobrze, przyjadę po pracy i pojedziemy razem. Tylko bez paniki.
— Ja nie panikuję, ja się martwię.
Przyjechał o siódmej. Halina czekała na klatce schodowej z transporterem w dłoni. Klusek miauczał w środku, jakby go zarzynali. Weterynarz stwierdził naciągnięcie mięśnia po nieudanym skoku z szafki w kuchni. Halina odetchnęła. Michał zapłacił za wizytę — sto dwadzieścia złotych — i nie chciał przyjąć od niej pieniędzy.
— Daj spokój, to drobiazg.
— Michał, ale ty tak często mi pomagasz…
— Halino, ja nic nie robię. Po prostu podwiozłem kota.
Wtedy Halina zatrzymała się na chodniku przed blokiem i odezwała się do niego, jakby zbierała się na odwagę.
— Wiesz, co jest najgorsze w samotności? Nie to, że nie ma kto pomóc. Tylko to, że nie ma komu powiedzieć: „Zrobiłam dzisiaj żurek” albo „Przyszedł list z ZUS”. Bo jak powiesz to kotu, to on nawet nie mrugnie.
Michał poczuł ucisk w gardle, ale nic nie odpowiedział.
Kolejne tygodnie były koszmarne. Halina dzwoniła trzy razy dziennie. Michał nie odbierał, potem czytał SMS-y i czuł się podle. Pewnego wieczoru, leżąc w łóżku, przypomniał sobie zdjęcie, które Halina przysłała mu tydzień wcześniej — Klusek śpiący w kartonie, a obok podpis: „Sama go rozśmieszam, bo nie ma kto inny.” Wtedy do niego dotarło, że kobieta jest sama w tym mieszkaniu na czwartym piętrze, z rudym kotem i starym telewizorem, który łapie tylko trzy programy. A on siedzi z telefonem i denerwuje się, że ktoś do niego dzwoni.
Następnego ranka, zanim Halina zdążyła wybrać jego numer, Michał sam do niej zadzwonił.
— Halina? Tu Michał. Masz ochotę w niedzielę na spacer po Manufakturze? Podobno otworzyli nową lodziarnię.
Po drugiej stronie nikt się nie odezwał. Po chwili Halina odpowiedziała drżącym głosem:
— Michał, czy ty aby nie masz gorączki?
— Nie, czuję się świetnie. To co, idziemy?
— No dobrze, ale ja stawiam lody.
Od tej niedzieli coś się zmieniło. Michał przestał liczyć, ile minut traci na rozmowy. Zaczął opowiadać o pracy, pytać o Kluska i o sąsiadkę z psem. Okazało się, że Halina ma do powiedzenia dużo ciekawych rzeczy — na przykład, że w jej bloku planują remont klatki schodowej, ale tylko połowa mieszkańców chce płacić składkę. Albo że w warzywniaku na rogu nowa ekspedientka waży pomidory razem z reklamówką. Michał się śmiał, a Halina mówiła, że miło słyszeć jego śmiech przez telefon.
Trzy miesiące później Michał zachorował. Grypa, temperatura trzydzieści dziewięć i osiem. Leżał w wynajmowanym mieszkaniu na Olechowie, nie miał siły wstać po wodę. Halina zadzwoniła rano, ale nie odebrał, bo spał. Zadzwoniła po południu. Odebrał, ale mówił, jakby miał watę w ustach.
— Michał, co z tobą? — jej głos był napięty.
— Nic, grypa, przeżyję.
— Jesteś sam?
— Tak, ale to nic wielkiego.
— To niedobrze. Będę za dwadzieścia minut.
Przyjechała autobusem linii sześćdziesiąt pięć, z torbą pełną słoików. W dłoni trzymała transporter z Kluskiem.
— Halino, po co przywiozłaś kota?
— Bo on też się o ciebie martwi. I będzie ci raźniej.
Weszła do kuchni, otworzyła wszystkie szafki, znalazła garnek, ugotowała rosół. Michał siedział owinięty kocem na kanapie, a Klusek ułożył mu się na kolanach i mruczał. Halina karmiła go łyżką, jak dziecko. Potem zrobiła mu okład z zimnej ścierki na czoło, zmierzyła temperaturę — spadła do trzydziestu siedmiu i pięciu. Zanim wyszła, zostawiła na stole trzy słoiki z zupą i karteczkę: „Jedz. Jutro przyjadę znowu.”
Michał usiadł na kanapie i przez chwilę trzymał karteczkę w dłoniach. Papier był w kratkę, a pismo Haliny — staranne, jak z zeszytu do ćwiczeń. Przełożył ją z ręki do ręki, potem postawił obok siebie na stoliku, oparł o pusty słoik po rosole, tak żeby było widać przez cały wieczór.
Następnego dnia, zanim Halina zdążyła przyjechać, Michał napisał do niej: „Halino, nie musisz przyjeżdżać. Czuję się lepiej. Ale chcę ci coś dać. Klucze do mojego mieszkania. Żebyś nie musiała dzwonić, gdy zechcesz wpaść.”
Halina odpisała po kilku minutach: „Michał, czy to znaczy, że nie jestem już byłe?”
Michał odczekał chwilę, potem wybrał numer.
— Halino, żony bywają byłe. Teściowe nigdy. Przyjedź jutro na obiad, zrobię spaghetti.
I tak się zaczęło nowe życie. Halina nie dzwoniła już pięć razy dziennie. Zamiast tego przychodziła w soboty, gotowała obiad, karmiła Kluska, a Michał pomagał jej z zakupami przez internet. Czasem jeździli razem na cmentarz na Wszystkich Świętych, czasem do kina w Manufakturze. Michał poznał jej koleżankę z parafii, panią Jadzię, która zawsze przynosiła domowe ciasto. Halina poznała zespół Michała — zaprosiła ich kiedyś na pierogi do swojego mieszkania.
Sześć lat później Michał ożenił się z Ewą. Mieli syna, Filipa. Halina została babcią — nierodzoną, ale jak mówiła, „kluskowatą”, bo Filip uwielbiał Kluska. Halina spędzała z chłopcem popołudnia, gdy Michał i Ewa pracowali. Czasem zostawała na noc.
Ale Michał pamiętał, jak samotna potrafiła być Halina. I pewnego piątkowego wieczoru, gdy Ewa była z Filipem na basenie, Michał usiadł przy kuchennym stole i napisał list do notariusza. Potem zadzwonił do Haliny.
— Halino, mam sprawę. Przyjdź w poniedziałek do kancelarii notarialnej na Piotrkowską dwadzieścia siedem. Będę tam o dziesiątej.
— Co się stało? — przestraszyła się.
— Nic złego. Przyjdź, to zobaczysz.
W poniedziałek Michał czekał przed kancelarią z teczką dokumentów. Halina przyszła w odświętnym płaszczu, zdyszana po wejściu na drugie piętro.
— Michał, co ty kombinujesz?
— Wchodźmy, pani notariusz już czeka.
W środku okazało się, że Michał postanowił ustanowić Halinę swoim pełnomocnikiem do zarządzania mieszkaniem na wypadek długiej nieobecności. Ale to nie wszystko. Poprosił notariusza o przygotowanie aktu, w którym on i Ewa przepisują na Halinę udział w swoim mieszkaniu, wart sto osiemdziesiąt tysięcy złotych.
Halina przeczytała, zdjęła okulary, przetarła oczy.
— Michał, ale ja nie potrzebuję…
— Wiem, że nie potrzebujesz. Ale to dla ciebie. Żebyś wiedziała, że masz tu swój dom. Nie tylko na weekendy.
— Ale to za dużo.
— To nie jest za dużo. To moja decyzja. I Ewy też. Podpiszmy.
Halina podpisała. Notariusz przybił pieczęć. Michał wziął kopię aktu i podał Halinie. Na korytarzu Halina objęła go, a Klusek, którego trzymała w transporterze, zamiauczał z oburzeniem.
— Michał, ty jesteś lepszy niż rodzony syn.
— A ty jesteś moją prawdziwą teściową. Nawet jeśli Agnieszki już nie ma w moim życiu.
Halina uśmiechnęła się i schowała dokument do torebki.
— Wracaj do pracy. A ja idę kupić coś dla Filipa. Podobno w Smyku są przeceny na klocki.
Michał odprowadził ją do windy. Kiedy drzwi się zamknęły, stał chwilę na korytarzu z dłońmi w kieszeniach. Potem wyjął telefon i napisał do Ewy: „Załatwione. Halina podpisała. Jesteśmy jedną wielką, dziwną rodziną.” Ewa odpisała natychmiast: „Dziwne rodziny są najlepsze. Wracaj, Filip pyta, gdzie tata.” Michał zaśmiał się i zszedł po schodach, przeskakując po dwa stopnie.
Na zewnątrz, na Piotrkowskiej, ktoś grał na akordeonie. Halina szła powoli w stronę przystanku tramwajowego, torebkę z dokumentem przyciskając łokciem do boku, a Klusek wystawiał łeb z transportera i mrużył oczy na słońcu. Melodia akordeonu niosła się jeszcze przez chwilę, aż tramwaj zabrał ją razem z Haliną za zakręt.







