Kiedy Piotr powiedział, że mój żurek jest „w miarę zjadliwy”, przez moment naprawdę pomyślałam, że źle usłyszałam.
Siedział przy moim stole, trzymał łyżkę nad talerzem i przyglądał się białej kiełbasie z miną człowieka, który właśnie odkrył poważne naruszenie norm jakościowych.
—Kiełbasa mogłaby być bardziej podsmażona —dodał. —Moja mama zawsze najpierw rumieni ją na patelni. I daje mniej majeranku.
Od ósmej rano przygotowywałam tę kolację. Pojechałam na Stary Kleparz po świeży zakwas, kupiłam dobrą kiełbasę, ugotowałam jajka, upiekłam chleb i zrobiłam sernik, bo podczas jednej z naszych rozmów Piotr wspomniał, że uwielbia domowe ciasta.
Teraz jadł mój żurek bez najmniejszego słowa podziękowania.
Miałam trzydzieści dziewięć lat i od dawna nie wierzyłam już w bajki o księciu, który pojawi się na białym koniu. Wystarczyłby mi dorosły mężczyzna, który potrafi być życzliwy, dotrzymuje słowa i nie uważa kobiety za darmowy punkt usługowy.
Piotra poznałam na urodzinach znajomej w Krakowie. Był projektantem instalacji, mówił spokojnie, miał poczucie humoru i nie próbował udowadniać wszystkim, że zna się na każdym temacie. Po kilku spotkaniach pomyślałam, że może warto zaprosić go do domu.
Przyszedł punktualnie.
Bez kwiatów.
Bez wina.
Bez najmniejszego drobiazgu.
Wszedł, powiesił kurtkę i oznajmił:
—Mam nadzieję, że zrobiłaś coś konkretnego, bo przez cały dzień prawie nic nie jadłem.
Już wtedy poczułam ukłucie niepokoju. Mimo to uśmiechnęłam się i zaprosiłam go do stołu. Człowiek czasem mówi niezręcznie. Nie chciałam oceniać go po jednym zdaniu.
Kiedy podałam żurek, Piotr spróbował, zamieszał łyżką i zaczął wydawać opinie.
Zakwas za łagodny.
Ziemniaki zbyt duże.
Jajko ugotowane odrobinę za długo.
Chleb dobry, ale skórka mogłaby być bardziej chrupiąca.
—Naprawdę nic ci nie smakuje? —zapytałam w końcu.
—Smakuje, tylko mówię uczciwie. Chyba wolisz szczerość niż fałszywe komplementy?
—Między fałszywym komplementem a wyliczaniem wad istnieje jeszcze zwykłe „dziękuję”.
Piotr westchnął.
—Marta, nie obrażaj się o drobiazgi. Jeżeli ludzie mają stworzyć związek, muszą mówić sobie, co poprawić.
—My już tworzymy związek?
—Nie powiedziałem, że już. Sprawdzamy, czy do siebie pasujemy.
Słowo „sprawdzamy” zabrzmiało tak, jakby prowadził kontrolę techniczną.
Nalał sobie drugą porcję, choć pierwsza była podobno pełna wad.
—Dla mnie dom jest ważny —ciągnął. —Lubię, gdy kobieta umie ugotować, zadbać o porządek i stworzyć atmosferę. Moja mama zawsze mówiła, że po tym poznaje się dobrą żonę.
—A po czym poznaje się dobrego męża?
Piotr zamilkł na chwilę.
—Po tym, że jest odpowiedzialny, pracuje i nie włóczy się po knajpach.
—Czyli wystarczy mieć pracę i wracać do domu?
—Nie upraszczaj. Kobieta i mężczyzna mają inne role.
Dowiedziałam się wtedy, że Piotr przez ostatnie sześć lat mieszkał z matką. Wcześniej wspominał jedynie, że „pomaga jej po śmierci ojca”. Teraz okazało się, że pomoc polegała na opłacaniu internetu i wynoszeniu śmieci, podczas gdy matka gotowała, prała, prasowała i robiła mu kanapki do pracy.
—Mama ma już siedemdziesiąt lat —powiedział. —Nie może się mną zajmować wiecznie. Dlatego myślę poważnie o ułożeniu sobie życia.
Patrzyłam na niego i czułam, jak wszystkie elementy układają się w całość.
Nie szukał kobiety, z którą chciałby dzielić życie.
Szukał kobiety, której można przekazać obowiązki matki.
—A ty gotujesz? —zapytałam.
—Jak muszę, to jajecznicę zrobię.
—Prasujesz?
—Od tego jest pralnia albo kobieta, która potrafi prowadzić dom.
—Sprzątasz?
Zaśmiał się.
—Nie przesadzajmy. Pracuję umysłowo i mam odpowiedzialne stanowisko.
Poczułam, że coś we mnie pęka, ale nie był to żal. Raczej ostatnia nitka cierpliwości.
—Wiesz, Piotrze, ja również pracuję. Płacę kredyt, prowadzę zespół, pomagam mamie i potrafię sama zmienić koło w samochodzie. Nie szukam kogoś, kto łaskawie wróci z pracy i będzie oceniał grubość moich ziemniaków.
—Kobiety po trzydziestce są strasznie przewrażliwione —mruknął. —Zamiast się cieszyć, że normalny facet jest zainteresowany, od razu walczycie o niezależność.
—Mam trzydzieści dziewięć lat, nie termin przydatności do spożycia.
—Nie o to chodzi. Ale rynek jest, jaki jest. W twoim wieku trzeba umieć iść na kompromis.
Spojrzałam na stół. Na lniany obrus, świeże kwiaty, sernik, który piekłam z myślą o nim. Włożyłam w ten wieczór kilka godzin pracy, a on przyniósł wyłącznie apetyt i listę wymagań.
Wstałam i podałam mu kurtkę.
—Co ty robisz?
—Kończę sprawdzanie, czy do siebie pasujemy.
—Wyrzucasz mnie, bo powiedziałem prawdę o żurku?
—Nie. Proszę cię o wyjście, ponieważ wszedłeś do mojego domu jak klient do restauracji, a potem zacząłeś rekrutować następczynię swojej mamy.
Piotr zrobił się czerwony.
—Widać, dlaczego jesteś sama.
—A ja właśnie zrozumiałam, dlaczego ty wciąż mieszkasz z mamą.
Stał jeszcze przez chwilę w przedpokoju, jakby czekał, aż się przestraszę własnych słów i zacznę przepraszać. Nie zrobiłam tego.
Wyszedł, trzaskając drzwiami.
Usiadłam przy stole. Przez kilka minut było mi przykro. Nie z powodu Piotra, lecz z powodu własnej nadziei. Znowu uwierzyłam, że schludna koszula i poprawne maniery oznaczają dojrzałość.
Wtedy zadzwoniła moja siostra.
Usłyszała mój głos i przyjechała pół godziny później. Zjadła dwie porcje żurku, pochwaliła chleb, a potem spróbowała sernika.
—Gdybyś wyszła za niego za mąż —powiedziała—, przez następne dwadzieścia lat kroiłabyś ziemniaki pod linijkę, a on i tak znalazłby coś nie tak.
Roześmiałam się, choć miałam łzy w oczach.
Następnego dnia Piotr napisał:
„Przemyśl swoje zachowanie. Mama uważa, że zbyt szybko się unosisz.”
Nie odpisałam.
Zablokowałam numer i zapakowałam kawałek sernika dla starszej sąsiadki z góry.
Wieczorem usiadłam przy oknie z herbatą. Dom był cichy, ale nie pusty. Po raz pierwszy zrozumiałam, że samotność nie zaczyna się wtedy, gdy przy stole stoi tylko jedno krzesło.
Samotność zaczyna się wtedy, gdy obok siedzi człowiek, który widzi twój wysiłek, lecz nie widzi ciebie.
Wolę jeść własny żurek sama, niż przez resztę życia słuchać, że czyjaś mama zrobiłaby go lepiej.







