— A po co mi ten kot, panie Janie? — prychnęła pani Franciszka, poprawiając chustkę pod brodą. — Nie mój on już. Niech pan do mnie nie przychodzi z pretensjami. Wyobraża pan sobie? Jajka mi wyjadał, te najlepsze, które na targ odkładałam. A myszy? Ani jednej nie złapał. To jaki z niego kot na wsi? Niech sobie sam radzi.
— Ale teraz moje jajka kradnie! — oburzył się Jan Wolski.
— Współczuję, naprawdę. Mogę herbaty nalać.
— Dziękuję. Nie mam czasu.
Wrócił do domu z uczuciem, że w wieku siedemdziesięciu dwóch lat przyszło mu prowadzić wojnę z rudym kotem.
Dom Jana stał na końcu wsi pod Łowiczem. Dalej były już tylko pola, stara grusza przy drodze i rowy pełne traw. Jan mieszkał skromnie: dwa pokoje, kuchnia z kaflowym piecem, weranda, na której latem suszył cebulę, i podwórko, po którym chodziły kury.
Kury były po Marii.
Razem przeprowadzili się tu z miasta. Lekarze mówili, że żonie potrzebne jest spokojniejsze życie, czyste powietrze, swoje warzywa, mniej schodów i mniej nerwów. Maria uparła się wtedy na wieś.
— Janek, ja chcę jeszcze posłuchać koguta rano — powiedziała. — Nie karetek pod blokiem.
Sprzedali mieszkanie, kupili stary dom i dwanaście niosek. Maria nadała im imiona: Hanka, Malina, Królowa, Biała, Kropka… Jan się śmiał, że tylko ona może rozpoznawać kury po spojrzeniu. Potem sam zaczął je rozpoznawać.
Maria pożyła na wsi niecały rok. Odeszła w marcu, gdy śnieg już topniał przy płocie. Jan został z jej chustką na oparciu krzesła, z kubkiem w kredensie i z kurami, które każdego ranka czekały przy furtce, jakby pytały: „No i co teraz, gospodarzu?”.
Od tamtej pory mówił do nich częściej niż do ludzi. Opowiadał im, co było w sklepie, ile kosztuje cukier, że kolano znów rwie na zmianę pogody. A one słuchały, przekrzywiając głowy, zupełnie jak Maria, kiedy chciała udawać, że wcale się o niego nie martwi.
I wtedy pojawił się Stefan.
Rudy, bezczelny, z białą łatką pod brodą. Kot pani Franciszki. A właściwie były kot pani Franciszki, bo ta uznała, że skoro nie łapie myszy, a lubi jajka, to w domu miejsca dla niego nie ma.
Stefan przychodził najpierw ostrożnie. Przemykał pod płotem, siadał przy drewutni i patrzył. Potem zaczął wchodzić do kurnika.
— Wynocha! — krzyczał Jan, machając laską.
Kot nie robił sobie z tego nic. Brał jedno jajko w pysk tak delikatnie, że aż trudno było się nie zdziwić, i znikał między malinami. Czasem zjadał jedno na miejscu, a drugie próbował wynieść. Kury robiły alarm, gdakały na całe podwórko, jedna nawet dziobnęła go w ogon, ale Stefan wracał.
Jan zamykał szpary w płocie, zastawiał deski, przywiązał puszkę z kamykami do drzwi kurnika. Nic nie pomagało. Kot był sprytniejszy niż niejeden człowiek.
Pewnego ranka Jan znalazł puste gniazdo i skorupki przy progu. Usiadł na pieńku i poczuł nagle taką bezradność, aż zabolało go w gardle.
— Marysiu — szepnął — widzisz? Nawet kot mnie teraz ogrywa.
Tego dnia postanowił Stefana śledzić.
Nie był już szybki, ale cierpliwości mu nie brakowało. Schował się za stodołą i czekał. Po południu kot wszedł na podwórko, przeczekał kury, chwycił jajko i pobiegł w stronę opuszczonej chałupy po starym kowalu.
Jan ruszył za nim powoli. Przystawał, łapał oddech, ale nie zawrócił. Za chałupą była szopa z zapadniętym dachem. Stamtąd dobiegł cichy, cienki pisk.
Jan zajrzał do środka.
W skrzynce po jabłkach, na starym worku, leżały trzy kocięta. Jedno było rude jak Stefan, drugie szare, trzecie malutkie, prawie nieruchome. Stefan położył jajko na ziemi, rozbił je łapą i zaczął ostrożnie podsuwać żółtko najmniejszemu.
Jan zamarł.
W kącie szopy zobaczył szarą kotkę. Leżała nieruchomo. Już dawno nie oddychała.
— Boże święty… — powiedział cicho.
Kot spojrzał na niego. Nie uciekł. W tych zielonych oczach nie było już bezczelności. Było zmęczenie.
Jan wrócił do domu powoli, jakby niósł na plecach coś ciężkiego. Cały wieczór siedział w kuchni przy zgaszonym świetle. Przed nim stał talerz z zupą, której nawet nie tknął.
Przypomniał sobie Marię. Jak kiedyś przyniosła do domu zranionego jeża. Jak okrywała karton ręcznikiem i mówiła:
— Janek, krzywda nie pyta, czy masz wygodnie. Jak przyszła pod twój próg, to znaczy, że masz coś zrobić.
Następnego dnia Jan poszedł do sklepu. Kupił mleko dla kociąt, karmę, dwie puszki ryb i mały termofor.
— Panie Janie, kota pan sobie sprawił? — spytała ekspedientka.
— Nie — mruknął. — Kłopot mi się rozmnożył.
Zabrał kocięta do domu. Najsłabsze zawiózł do weterynarza w miasteczku. Trzymał je pod kurtką jak największy skarb.
— Trzeba będzie karmić co kilka godzin — powiedział weterynarz. — Inaczej nie przeżyje.
— To będę karmił.
— W pana wieku?
Jan spojrzał na niego tak, że młody lekarz od razu spuścił oczy.
— W moim wieku człowiek już wie, czego nie wolno zostawiać na pastwę losu.
Stefan przez dwa dni nie wchodził do domu. Siedział pod schodami i patrzył przez próg. Trzeciego dnia położył się obok skrzynki z kociętami. Jan postawił przed nim miskę.
— Słuchaj, Stefan — powiedział poważnie. — Tu się nie kradnie. Tu się je z miski. Jajka są moje, ale jak będziesz uczciwy, głodny nie będziesz.
Kot mrugnął powoli. Od tamtego dnia nie wyniósł ani jednego jajka.
Wieść szybko rozeszła się po wsi. Pani Franciszka przyszła po tygodniu. Stała przy furtce, trzymając siatkę z karmą i udawała, że tylko przechodziła.
— To prawda, że ten darmozjad u pana zamieszkał?
— Prawda.
— I te małe też?
— Te małe przede wszystkim.
— Ja nie wiedziałam — powiedziała ciszej.
Jan wyszedł na ganek.
— Nikt nie wiedział. Ale pani go wyrzuciła, zanim pani zapytała, czemu kradnie.
Franciszka zacisnęła usta. Zwykle miała odpowiedź na wszystko. Tym razem milczała długo.
— Człowiek czasem robi się twardy, jak za długo jest sam — powiedziała w końcu.
Jan popatrzył na nią. Już nie wydawała mu się taka głośna. Raczej zmęczona. Pod oczami miała cienie, a dłonie czerwone od pracy.
— Twardy można być — odparł. — Ale nie trzeba być niesprawiedliwym.
Franciszka położyła siatkę przy furtce.
— Przyniosłam karmę. Dla małych.
— Niech pani wejdzie.
Sam zdziwił się, że to powiedział.
Usiedli na werandzie. Jan zaparzył herbatę. Franciszka mówiła dużo, jak zawsze, ale tego dnia jej gadanie nie bolało. Kocięta pełzały po starym kocu, Stefan leżał obok i pilnował ich jak żołnierz. Kury chodziły po podwórku, obrażone, lecz spokojne.
Mijały tygodnie. Jedno kocię wzięła ekspedientka, drugie listonosz. Najmniejsze zostało z Janem. Nazwał je Okruszek.
Stefan też został. Nie był już niczyim porzuconym kotem. Był gospodarzem od myszy, choć nadal żadnej nie złapał. Ale za to pilnował podwórka, spał przy progu i każdego wieczoru wskakiwał na ławkę obok Jana.
A Franciszka zaczęła przychodzić częściej. Raz z ciastem drożdżowym, raz z ogórkami, raz niby pożyczyć soli. Jan wiedział, że sól ma. Ona wiedziała, że on wie. I oboje udawali, że to bardzo ważna sprawa.
Pewnej niedzieli Jan zrobił jajecznicę z jaj swoich kur. Postawił na stole dwa talerze. Przez chwilę spojrzał na puste miejsce po Marii. Zabolało, jak zawsze. Ale tym razem ból nie był sam.
Na werandzie siedziała Franciszka, na progu spał Stefan, Okruszek bawił się sznurkiem, a kury gdakały pod płotem, jakby komentowały całe życie.
Jan pomyślał wtedy, że samotność nie zawsze kończy się wielkim wydarzeniem. Czasem pęka cicho. Przez dziurę w płocie. Przez rude futro. Przez jedno skradzione jajko.
I może nie każdy, kto przychodzi do nas z kłopotem, przychodzi coś zabrać.
Czasem przychodzi po to, żeby człowiek znów otworzył drzwi.







