Czy tylko mnie denerwuje, kiedy dentysta pyta: „A dlaczego tak długo pani nie przychodziła?”
A pieniądze na wizytę, leczenie i plombę miały same wyrosnąć na parapecie?
Pani Halina z Lublina usłyszała to pytanie w poniedziałkowy poranek, kiedy siedziała na fotelu dentystycznym i ściskała w dłoni chusteczkę tak mocno, że aż pobielały jej palce.
— Trzeba było wcześniej — westchnął młody dentysta, poprawiając rękawiczki.
Halina spojrzała na niego spod zmęczonych powiek. Miała sześćdziesiąt dwa lata, emeryturę taką, że najpierw opłacała czynsz, potem leki, potem karmę dla starego kota, a dopiero później myślała o sobie.
Ząb bolał ją od jesieni. Najpierw tylko wieczorami. Potem przy herbacie. Potem już nawet wtedy, gdy milczała.
Ale jesienią wnuczka potrzebowała kurtki. Zimą syn poprosił o pożyczkę, bo „tylko do wypłaty”. Wiosną podrożały leki na serce. A ona każdego miesiąca odkładała do koperty po dwadzieścia, czasem po pięćdziesiąt złotych.
Koperta leżała na parapecie, za doniczką z pelargonią.
I gdy dentysta zapytał, czemu zwlekała, Halina nagle się rozpłakała.
Nie głośno. Nie teatralnie. Tak, jak płaczą kobiety, które całe życie zaciskały zęby — nawet wtedy, gdy zęby już nie dawały rady.
— Panie doktorze — powiedziała cicho. — Ja nie zwlekałam. Ja zbierałam na pana.
W gabinecie zrobiło się tak cicho, że było słychać zegar na ścianie.
Dentysta spuścił wzrok. A potem, pierwszy raz tego dnia, mówił już nie jak lekarz, tylko jak człowiek.
— Zrobimy tak, żeby panią nie bolało. Resztę rozłożymy.
Halina wróciła do domu z opuchniętą twarzą, ale lżejszym sercem. A wieczorem przestawiła pelargonię z parapetu na stół.
Bo pieniądze nigdy tam nie rosły.
Rosła tam tylko jej cierpliwość.







