Pani Zofia z Lublina zawsze odpowiadała na to pytanie z lekkim uśmiechem:
— Było nas dziewięcioro. A mama mówiła, że każde dziecko to osobny kawałek serca.
Kiedyś w ich małym domu pod Lublinem brakowało wszystkiego. Chleba kroiło się cienko, ziemniaki jadło prawie codziennie, a zimą starsze dzieci oddawały młodszym cieplejsze skarpety. Ale nikt nie mówił, że jest bieda. Mówili tylko: „Jakoś damy radę”.
Zofia była czwarta. Nie najstarsza, nie najmłodsza — ta, która zawsze musiała ustępować. To ona nosiła wodę ze studni, pilnowała bliźniaków, prała ręcznie fartuszki do szkoły i marzyła, że kiedyś będzie miała pokój tylko dla siebie.
Minęły lata. Rodzeństwo rozjechało się po Polsce. Jedni do Warszawy, inni do Gdańska, ktoś aż do Niemiec. Najpierw dzwonili często, potem tylko na święta. A po śmierci mamy wszystko jakby się rozpadło.
Zofia przez długie lata myślała, że duża rodzina istnieje tylko wtedy, gdy przy stole jest gwar. Aż pewnego listopadowego wieczoru, gdy skończyła 68 lat, usłyszała pukanie do drzwi.
Za progiem stali wszyscy. Siostry, bracia, dzieci, wnuki. Nawet Janek, z którym nie rozmawiała od pogrzebu ojca.
Najmłodsza siostra trzymała w rękach stary bochen chleba i powiedziała:
— Zosiu, mama zawsze mówiła, że dom jest tam, gdzie ktoś jeszcze pamięta, jak dzieliliśmy ostatnią kromkę.
Zofia rozpłakała się dopiero wtedy, gdy zobaczyła na stole dziewięć talerzy. Tyle samo, ile kiedyś.
I wtedy zrozumiała: największym rekordem nie jest liczba dzieci w rodzinie. Największym rekordem jest to, że mimo lat, żalu i milczenia — ktoś jednak wraca.





